Słupnik i my

Odnoszę często wrażenie, że polski teatr zamilkł i od kilku lat nie ośmiela się nawet podejmować prób dyskusji na temat naszej współczesności. Powodów jest pewnie mnóstwo: brak polskich sztuk współczesnych, lęk przed ryzykiem finansowym (wystawianie polskich sztuk, często nieznanych autorów, może okazać się katastrofą finansową), a wreszcie wątpliwości ludzi teatru, którzy nie potrafią zdecydować, czym teatr ma być: rozrywką, oazą ducha, azylem, miejscem estetycznych eksperymentów z wyobraźnią? Do tych i innych kłopotów dochodzi też świadomość bezsilności... Dawno już minęły czasy, gdy teatr był wokandą, jeśli nie trybuną, gorących sporów, spraw aktualnych, rozmowy z publicznością.

Mając to na uwadze, trudno sobie wyobrazić, by reżyser lub dyrektor teatru zaryzykował wystawienie sztuki, która jest współczesna, tekstu, który mówi o nas "tu i teraz" - i to bez kostiumu historycznego, metafor, etc. A jeśli wyobrazić sobie, że sztuka nikogo nie oszczędza, opisuje nędze, kłamstwo, codzienność grzechów - słowem: plajtę duchową narodu. Taki wyczyn zasługuje na miano odwagi.

Andrzej Maria Marczewski zaprosił widzów do Północnego Centrum Sztuki w Warszawie po to, by im powiedzieć, że "wyć się chce". Na dodatek pozbawił publiczność zwyczajowego komfortu: nie ma "Onych" - na scenie jesteśmy "My".

Marczewski napisał sztukę-morlitet, w którym zmierzył się z rzeczywistością mentalną Polaków po roku 1989. Akcję sztuki uruchamia decyzja Piotra Słupnika (Stanisław Jaskułka), który zrywa ze światem. Jak jego poprzednik wybiera sobie miejsce osobne - słup, na którym może się modlić, medytować i rozmawiać z Bogiem. Jest protagonistą, lecz nie staje się głównym bohaterem. Bohater spektaklu Studia Teatru Test jest ludzka menażeria. Odmowa Piotra Słupnika prowokuje, zmusza do działania jego otocznie. W reakcjach jego bliskich, w ich rozmowach i planach - jak w soczewce - skupia się ludzka małość, podłość i wszechpotężny "pragmatyzm". Natychmiast zjawia się żona Piotra - Magda (Mirosława Krajewska) - polska bizneswoman z telefonem komórkowym, która dopiero co wróciła z Paryża. Towarzyszy jej Waldi (Jan Jurewicz) - geszefciarz i nuworysz. W czynie Piotra Waldi wietrzy znakomity interes. W świecie spółek z o.o. i fundacji wszystko staje się towarem - a o sukcesie decyduje rozgłos i media. Jak gorzka ironia brzmią słowa jednej z postaci: "To takie czasy przyszły, że trzeba reklamować nawet Boga?". Przedsiębiorczy Waldi z pośpiechem i wprawą uruchamia machinę biznesu. Zakłada razem z Magdą i Andrzejem (dawnym przyjacielem Piotra) Fundację im. Słupnika. Snuje plany uruchomienia centrum przemysłowo-wypoczynkowego, a dalej Słupnikowego Banku Kredytowego, Słupnikowego Programu Prywatyzacji. Na oczyszczonym terenie pojawiają się barierki dla pątników, kioski z pamiątkami (koszulki ze Słupnikiem, modlitewniki Słupnika, muzyka medytacyjna Słupnika, etc.). Do Waldi dobrze wie, że wszyscy dla zachowania pozorów czy z prawdziwej potrzeby serca tęsknimy za czymś "innym, lepszym, pięknym". Sam woła do kamer telewizyjnych: "Zmanipulowani, źle głosowali, ale jesteśmy wolni. Chrystus wszystkich kocha. Łączymy się z piękną ideą słupnikostwa". Czyn Piotra Słupnika zwraca uwagę biskupa (Aleksander Mikołajczak), co skwapliwie wykorzystują twórcy fundacji. Świętoszkowatymi inscenizacjami i obietnicą dotacji dla sierot (z konta fundacji) skłaniają biskupa do pobłogosławienia Słupnika i tego miejsca.

W zgodzie z konwencją moralitetu Marczewski wyostrza, przerysowuje postaci, czyniąc z nich reprezentantów pewnych postaw i grup społecznych. Robi to jednak jawnie, a jego celem nie jest łatwa krytyka. Biskup w "Słupniku" zachowuje do końca rezerwę, choć daje się zwieść pozorom i obietnicom. Ostatecznie Kościół potrzebuje świadectw prawdy, ludzi, którzy praktykują inne niż materialistyczne podejście do życia.

Marczewski w "Słupnik" tworzy panoramę całego społeczeństwa. Obok biznesmenów nowego chowu ukazuje też zagubienie i tęsknoty do młodego pokolenia. Paweł - syn Andrzeja (Krzysztof Bartłomiejczyk) - jest pomocnikiem i wyrobnikiem w fundacji. Kiedyś przeżył zawód miłości i teraz: czyta Gombrowicza i wprawie się we wschodnich medytacjach. Ale nadal tkwi w nim niepokój - jest tym, który dostrzega obłudę ojca i komercjalne cele fundacji. Nie przeciwstawia się jednak - nie chce lub nie ma dość sił. Pod słup przywędrowała też Maja (Małgorzata Fijałkowska) - delikatna dziewczyna, której wrażliwość i potrzeba miłości każą szukać innego wymiaru egzystencji. Jest wrażliwa i zagubiona. Równie chętnie rozczytuje się w "Mistrzu i Małgorzacie", coś szepcze o miłości i Oblubienicu. Miesza pojęcia i plany, a przecież najgłębiej w całej tej grupie wierzy w sens czynu Słupnika. Są wreszcie w sztuce Marczewskiego przedstawiciele dawnego świata: para staruszków - spauperyzowanych inteligentów (świetnie zagrane role Zofii Rysiówny i Leszka Polessy). Stary i Stara grzebią na śmietniku i czytają już od dawna niemodne książki. Przypominają bohaterów "Krzeseł" Ionesco; są żywą tradycją, pamięcią niegdysiejszej inteligencji. Marczewski jest jednak konsekwentny. Także i oni, dla kawałka chleba, uczestniczą w reklamówkach słupnikowego biznesu. Są starzy i zrezygnowani. Powtarzają: "To teatr nie naszych czasów. Jesteśmy za starzy na to". A jednak pilnie odgrywają przydzielone im przez Waldiego kwestie ojca i matki Słupnika.

Z błyskotliwych, potoczyście napisanych dialogów wyłania się obraz rosnącego rozziewu pomiędzy wyznawanymi wartościami i pragmatyzmem codziennym. Starzy wspominają zapadłe w pamięć cytaty z Pisma Świętego, Norwida, Osterwy. Młodzi wolą Bułhakowa i Fromma. Myśli snują się jednak w powietrzu, ulatują jak babie lato.

W finale sztuki Marczewskiego biskup odmawia w imieniu Kościoła uczestnictwa w pilnie przygotowywanej ceremonii. Akcja "Słupnik" kończy się fiaskiem. Bez sankcji Kościoła, bez uwiarygodnionej idei, nie uda się rozkręcić interesu. W międzyczasie sam Słupnik zaniepokojony gwarem i tłumami turystów wymknie się pilnującym go ochroniarzom. Odejdzie. Pod słupem tkwi grupka osamotnionych i rozczarowanych ludzi. "Jak teraz żyć?" - pyta dawna żona Słupnika.

W spektaklu Marczewskiego - inaczej niż w średniowiecznym moralitecie - dobro nie triumfuje. Jest to raczej pełen niepokoju obraz nas samych. Sceniczne pytanie o codzienną kondycję naszej duchowości, o nasze wybory i poczynania. Jaki cel nam przyświeca? Jaka jest treść naszych działań? Co będzie, gdy znikną słupnicy, gdy zapomnimy o innej perspektywie naszej egzystencji? Jak na jeden spektakl to sporo.


Grzegorz Z. Janikowski

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link