Kantor według Miklaszewskiego

Wybitni Twórcy Teatru mają to do siebie, że wzbudzają powszechny zachwyt, bywa nawet że i międzynarodowy, dopóki żyją i tworzą, kiedy zaś przejdą już na drugą stronę, do bywa że i ciekawszego Teatru, niż ich własny, karmią sobą jedynie zawziętych teatrologów płci różnej z przewagą jednak pięknej. Miklaszewski piękną kobietą nie jest, a mimo że zakładał w pradawnych czasach, których nikt już nie pamięta, pierwszy Wydział Teatrologiczny, do klasycznych teatrologów się nie zalicza, bo po pierwsze żyje i tworzy, a nie bada, a po drugie, dogłębnie zrozumiał już, że nawet z najgłębszych badań niewiele wynika, zaś z tworzenia cokolwiek. Jego śladem podąża już kolejne, młode pokolenie pięknych teatrolożek spragnionych teatralnego spełnienia, a nie tylko rozdrapywania cudzych kompleksów i intelektualnych zawirowań, tworzących swoje, póki co studenckie Teatry. Szlachetna teatrologia nie zaginie jednak zupełnie, bo nie każdy odczuwa w sobie wolę Bożą do tworzenia, a z wybrzydzania, z trudem na chudej wierszówce jakoś się koniec z końcem zawsze zwiąże, chyba że nasze czujne Ministerstwo Kultury uzna, że prasa literacka wyczerpała swój limit kreatywności, a dopłacanie do pism dla pojedyńczych koneserów mija się z celem, a obciąża jednak wciąż chudniejącą kasę. Co będzie to będzie, ludzie powoli odzwyczajają się od czytania, i nawet dzielna akcja, czujnego jak zawsze ZASPu, wespół z ministrem Dąbrowskim, adresowana do dzieci pod hasłem: Poczytaj mi ze sceny, już nie Mamo, tylko Aktorze i Aktorko, wiele tu nie zmieni. Aktorzy swoje, ze sceny, w Międzynarodowym Dniu Teatru, przeczytali, a problem osobistego czytelnictwa pozostałych (czyli nie dzieci), pozostał także nie naruszony. Jedno jest pewne Krzysztof Miklaszewski do osób czytających należy. A także piszących, i również do realizujących niezwykle ciekawe, osobiste dokumenty filmowe, świadectwa epoki i twórczości niezwykłych Artystów, którymi nasz kraj mógł się do niedawna jeszcze cieszyć, na miejscu i w świecie. Kiedy umiera wybitny Artysta Teatru, pozostaje po nim pamięć tych, którzy mieli szczęście obcowania z jego dziełami na żywo, poddając się emocjom z nich płynącym, pozostają także różne zapisy filmowe i literackie przefiltrowane przez wrażliwość opisujących artystyczne zjawisko. Czas bezlitośnie weryfikuje rangę dzieła, zaciera również wrażenia. Im dalej brniemy w niego, tym trudniej powrócić do tego co się odczuwało oglądając wybitny spektakl, czy niezwykłą kreację aktorską. Wrażenia po prostu znikają w nas, a wyraz Sztuki, tak niegdyś porażającej w bezpośrednim odbiorze, rozpływa się powodując naszą bezradność wobec samego, fascynującego kiedyś zjawiska. Kantor Wielkim Był, można po prostu stwierdzić, parafrazując Gombrowicza. Ale co to oznacza dla nas współczesnych, oczywiście tych, dla których Teatr i jego fenomenalne zjawiska liczą się na równi z wybitną literaturą, czy arcydziełami sztuki filmowej, bo są potrzebne do życia, jak powietrze czy pokarm?

W swoich niezwykłych filmach :"Ja- Artysta", "Ja-Mistrz", "Szatnia Tadeusza Kantora", "Kantor i Malczewski", "Ostatnia wieczerza w Wielopolu", Miklaszewski dokumentuje na filmowej taśmie coś niezwykle ulotnego, proces twórczy samotnego demiurga zmagającego się ze światem, ze Sztuką, szukającego właściwego wyrazu dla przekazania treści w wymiarze pozasłownym. Kantor sam był Teatrem, jednoosobowym, niezwykle intensywnym, zaborczym, lepiącym swoje teatralne światy z energii i emocji swoich aktorów, swoich przedmiotów, swoich znaczeń. Te momenty, najbardziej ekspresyjnych zmagań Mistrza ze sobą i trudną do opanowania rzeczywistością wykreowywanego świata, kamera Miklaszewskiego uchwyciła z zawstydzającą bezczelnością "zimnego medium", do którego przecież należy osąd współczesnego nam świata. Uchwyciła i zatrzymała w czasie, wyjęła z tamtego czasu, aby je unieśmiertelnić powtarzalnością projekcji filmowej. Miklaszewski schował się za Kantorem, będąc jednocześnie, co jest niezwykłą rzadkością w świecie sztuki, podmiotem i przedmiotem artystycznych działań Mistrza. Opisywał Go kamerą, i był przez Niego opisywany w spektaklach, w których grał, będąc w zespole aktorskim Cricotu 2, i objeżdżając z nim przez prawie piętnaście lat, niemal cały liczący się teatralnie świat, i jego najważniejsze międzynarodowe festiwale. Efektem bardzo wnikliwych, osobistych obserwacji działań Mistrza, jego zachowań, reakcji, i sposobu myślenia, jest najnowsza książka Miklaszewskiego "KANTOR OD KUCHNI", wydana przez Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, dzięki samozaparciu naczelnej redaktorki Katarzyny Merta, która wprost wydusiła z Krzysztofa, a byłem tego świadkiem, czterdzieści trzy pasjonujące rozdziały opowieści o tym co było, jak było, i z kim było Mistrzowi po drodze, lub nie, przez wszystkie kontynenty świata, obdarowywanego charyzmatycznymi, kantorowskimi spektaklami. "Nadobnisie i koczkodany", "Umarła klasa", "Wielopole, Wielopole", "Gdzie są te niegdysiejsze śniegi", "Niech sczezną Artyści!", to spektakle które przewędrowały kulę ziemską nie jednokrotnie. A ostatnie zawołanie wieczne zbuntowanego Kantora, nabrało w naszej kapitalistycznej rzeczywistości, niezwykle aktualnego wyrazu, można nawet powiedzieć, że wprost realizuje się na naszych oczach, przy pełnej obojętności tych, którym los własnych Artystów nie powinien być obojętnym. Kantor nie dożył tych czasów pewnie w nagrodę, a teraz , ten wiecznie młodzieńczy buntownik i kreator własnych światów, obudowuje na pewno Pana Boga wizjami, których nie powstydziłby się żaden Stwórca. Mogą przy tym co najwyżej wieść ontologiczny spór o autorstwo, autorskich, kantorowskich pomysłów, ale ponieważ i tak wszystkie pomysły mają to samo żródło, sądzę że możliwy będzie i tym razem jakiś niebiański konsensus. Miklaszewski zaś zanim rzecz całą napisał, to już ją był wygłosił w kawałkach, na słynnych Zebraniach Założycielskich, legendarnego od czasów "Zegarmistrza światła", Tadzia Wożniaka, który z zawsze piękną i wiecznie młodą Jolą Majchrzak przy kompozytorsko-wokalnym boku, prowadzi w Warszawie, również autorski Klub, w którym, nie spotkać się raz w miesiącu, wprost nie wypada. Klub jest oblegany w słynne pierwsze poniedziałki miesiąca dzięki i kantorowskim występom Miklaszewskiego, który czuje się w maleńkiej, klubowej przestrzeni równie dobrze, jak na wielkich festiwalach w Sziraz czy Edynburgu, nie wspominając już Londynu, Paryża, Rzymu, Sydney, Caracas, Nowego Jorku, Florencji, Tokio, Los Angeles, Buenos Aires, Norymbergii, Tel Awiwu, gdzie również bywał onegdaj z Kantorem. Niezwykła książka, niezwykłych indywidualności, nasuwa również i taką refleksję, gdyby nie Miklaszewski, nie poznalibyśmy tajemniczej "kuchni" Kantora, czyli tego bardzo osobistego, ludzkiego wymiaru Twórcy, który nie przestając ani na moment być Twórcą, okazuje się również fascynującą osobowością, charyzmatyczną jednostką, uwikłaną w prywatne emocje, napięcia, spory, walki o prymat, podchody, obchody, oceny. Walcząc z wszystkimi o wszystko Kantor autokreuje się w każdej minucie życia, spalając za szybko i do końca. A Śmierć przez cały ten czas, stoi spokojnie przy jego ramieniu bo wie, że żaden casus Fausta tym razem nie wchodzi w rachubę, tu nie o młodość idzie, tylko o dojrzałość, o prawdę Sztuki, o prawdę niezwykle osobistego widzenia i nazywania świata. Najwyższą cenę płaci się zawsze za najwyższą jakość. Również Sztuki. -Ja wam kiedyś umrę, zobaczycie, mówi w irytacji Kantor do swojego zespołu po jakiejś tam nieudanej próbie, -ja wam naprawdę umrę. Jest sam. Jeden. Przeciw wszystkim. A oni są przecież Jego. Gliną, tworzywem, energią, podmioto-przedmiotami, artystami lub tylko aktorami .A to wielka różnica w Teatrze, czy ma się do czynienia z partnerami w Sztuce, czy tylko z elementami gry, z elementami które się przestawia, porządkuje, popycha, łączy i rozłącza w zależności od potrzeb. Każdy spektakl wyczyszcza te relacje, i jest jednorazowym spełnieniem woli Twórcy. Jednorazowym i niepowtarzalnym. Przy następnym spektaklu gra rozpoczyna się od zera, od wzajemnie określanych relacji, nowych napięć, starych zaklęć, budowania kolejnych układów, czy dobrze znanych dogadywań, słowem tworzą się nowe emocje uwiarygodniając sam proces twórczy. Po wojnie, w eseju "Tam, gdzie dramat się staje" Kantor stwierdził: "Jedynie w miejscu, w którym nie oczekujemy (...) może zdarzyć się coś, w co uwierzymy bez zastrzeżeń. Dlatego teatr jako teren odwiecznymi praktykami kompletnie zobojętniały i zneutralizowany jest najmniej odpowiednim miejscem dla urzeczywistnienia dramatu". W tym samym czasie jednak dodał: "Teatr jest najpiękniejszą ze sztuk, bo leżącą między czystą sztuką a życiem". Po upływie trzydziestu lat w "Notatce na marginesie" napisał: "Teatr jest przede wszystkim sztuką. Teatr jako sztuka wybiera i anektuje dla siebie kawałki otaczającej go rzeczywistości, i to właśnie im nadaje cechy miejsca artystycznego".

Miklaszewski nie byłby jednak sobą, gdyby "Kantor od kuchni" nie okazał się również książką o nim samym. Dziwnym kantorowskim, podmiocie-przedmiocie obserwującym z ironicznego dystansu własnej inteligencji, zmagania wielkiego Demiurga z otaczającą go rzeczywistością.

Opisuje wydarzenia, których był świadkiem, żartobliwie, bez artystycznych emocji kojarzonych zawsze z przeżywaniem dzieła, czy tylko procesu jego kreacji. Jak wytrawny entomolog przyszpila opisywane wydarzenie po wydarzeniu, do kart swojej książki, dbając zawsze o dobre samopoczucie rasowego czytelnika, który nie zamierza rozwikływać tajemnicy demiurgii, nawet i Kantora, natomiast z przyjemnością otrze się o kuchenny świat człowieka, którego życie już zweryfikowało i umieściło w panteonie niezwykłych, pojedynczych egzemplarzy królewskich motyli, bawiących nas swoimi wymyślnymi kolorami jednej nocy. Co rozdział to niespodzianka, Kantor z pianą na ustach i siniejącym karku w Theatre Chaillot, kiedy to walczył o swoją maleńką żaróweczkę, Kantor pilnujący w recepcji hotelowej w Rzymie swoich niesfornych aktorów, wyrywających się, w nocy, po prostu w miasto, Kantor uznający słynnego Stulka Hebanowskiego za agenta Ministerstwa Kultury na Festiwalu w Sziraz, Kantor krzyczący w Brukseli: "Nie wolno umierać przed premierą! Proszę to sobie raz na zawsze zapamiętać!". Miklaszewski żongluje anegdotami, dodaje swoje komentarze, bawi się sytuacjami, które tam na miejscu, w momencie trwania, bynajmniej śmiesznymi nie były. Jego książka to gotowy scenariusz filmowy największego być może hitu XXI wieku, opowieść o ostatnim Samotniku Artyście-Demiurgu w podróży za Prawdą Sztuki. Pytanie, kto mógłby dzisiaj zagrać takiego Kantora, jakiego nakreślił w swojej niezwykle przenikliwej książce Miklaszewski, gdyby żył na pewno Łomnicki, ze światowych aktorów może de Niro, Al. Pacino. Ale ta książka kryje w sobie kolejną tajemnicę, oto na jej kartach pojawia się drugi Demiurg, kreator rzeczywistości, nie zwykły opisywacz, tylko właśnie kreator naszego nowego, wspaniałego świata, w którym nic już nie przebiega tak jak kiedyś przebiegało, i mimo że stare prawdy pozostają podobno obowiązującymi prawdami, to sposób ich wartościowania zmienił się diametralnie. Tym nowym Demiurgiem, wyzierającym z kantorowskiej kuchni, jest oczywiście sam Krzysztof Miklaszewski, który dobrze wie, choć nie wypada mu się do tego przyznać, że nadszedł czas napisania książki o Nim samym. Równie bezlitosnej, przekornej, przenikliwej, inteligentnej i po prostu mądrej, co nie oznacza że nie sensacyjnej. Pierwszeństwo wydawnicze ma oczywiście Twój Styl. Kto więc napisze książkę o Krzysztofie Miklaszewskim?

Andrzej Maria Marczewski
Posłaniec Kulturalny, maj 2003

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link