Teatr Stephanie de Ratuld

Miałem sen. Stephanie, moja niezwykła przyjaciółka, autorka książki "Kochać", która zniknęła ostatnio błyskawicznie z paryskich księgarni, a której wersję teatralną "Kto?" gram w swoim Teatrze od dobrych kilku lat, powiedziała w tym śnie: "Jestem na chwilę w Paryżu, przyjedż do mnie, mam coś dla ciebie". Nie zadzwoniła jak każdy, w miarę normalny człowiek, tylko się przyśniła. Potraktowałem to jednak bardzo serio, ponieważ Stephanie nigdy nie śni się nikomu bez wyższego powodu, i pojechałem do Paryża. Zabrałem ze sobą maszynopis jej książki, dla której szukam właśnie polskiego wydawcy, aby przez kolejną lekturę zrozumieć lepiej o co w niej właściwie chodzi i jak powinienem zachować się w całej tej, fascynującej w końcu sytuacji. Podróż jak podróż, natomiast lektura, prawie autobiograficznej powieści pouczająca.

Tak się zaczyna:

" - Musisz powrócić do żródła, Rene, musisz nauczyć się kochać. - Usłyszał nagle ten głos tak wyrażnie, jakby kobieta, która wypowiedziała te słowa stała tuż za jego głową. Obejrzał się gwałtownie, ale jedyna kobieta jaką czuł przed momentem, a teraz widział przytuloną do swojego ramienia, spała spokojnie, cicha i chyba w końcu nasycona. Uwielbiał jej ciało, i teraz ta fascynująca go zawsze nagość, przy jego nagości, dawała mu poczucie jakiegoś spełnienia, czy też wypełnienia, czegoś niesłychanie istotnego, dla jego odczuwania świata i obecności w nim kobiet. Lubił kobiety, a one odwzajemniały mu, jego fascynację, ich płcią. Lubił też politykę, która pochłonęła go nawet bardziej niż piękne kobiety, bo dawała szansę istnienia publicznego, wygłaszania błyskotliwych opinii, o bieżących wydarzeniach, przed zawsze chętnymi słuchania jego zwierzeń, kamerami telewizyjnymi. Opinii, które natychmiast przedrukowywała kolorowa prasa. Zapraszany bywał do najpopularniejszych programów, wszystkich kanałów, bo był medialny, jak to ktoś, kiedyś, precyzyjnie wyartykułował, umiał ironicznie ripostować i miał chłopięcy wdzięk, tak ceniony przez oglądające w telewizji, wydarzenia polityczne, panie.

Kolorowe, bulwarowe pisemka przepadały za nim, bo dostarczał im, tak miłych zawsze, i dobrze sprzedających się skandalików obyczajowych, niewielkiego wprawdzie formatu, ale jednak. Parlamentowa komisja etyki groziła mu od czasu do czasu "większościowym" palcem. Zwłaszcza po publikacjach, co bardziej pikantnych zdjęć z jego udziałem, i zawsze pięknych, choć za każdym razem innych kobiet. Komisja stała na straży zdrowej, gabinetowej moralności, był przecież człowiekiem publicznym, posłem, liderem małej, ale widocznej już na powierzchni życia politycznego partii, która zyskiwała w znaczącym tempie nowych zwolenników i mogła za chwilę przerodzić się, w liczącą się parlamentarnie siłę. Rene był w sumie zadowolony ze swojego życia, a kobiety z niego. Tak to przynajmniej wyglądało na zewnątrz, do teraz.

- Coś mi się przewidziało, pomyślał, - ktoś do mnie mówił? Co? i po co ? Trzeba obudzić Agnes i do codziennego kieratu. Coś nowego muszę dzisiaj napisać, w związku z ostatnimi wydarzeniami, ktoś tam prosił o kolejny, telewizyjny wywiad , tym razem rejestrowany na ostatniej kondygnacji wieży Eiffla , trzeba się zbierać. A jednak czarne włosy Agnes, na granatowej pościeli wzbudziły w nim, trudne do szybkiego zdefiniowania uczucia . A za nimi pojawiające się niby proste pytania. Już iść, czy może jeszcze zostać? Kochać się dopóki ciało nie odmówi posłuszeństwa?, czy po prostu zatopić się w niej na amen , i już nie wychodzić?

Agnes była niezwykłą modelką. Znalazł ją w słynnym kalendarzu Pirellego, patrzyła w obiektyw, a właściwie poprzez niego, aby go odnależć. Jego, Rene. Tak to odczuł natychmiast. Długie, czarne, poskręcane włosy, opadające na nagie piersi, które budziły w nim, nie spotykaną do tej pory czułość, nadawały jej lekko wiedżmowaty wygląd. Ale to była wiedżmowatość którą uwielbiał u kobiet. I miała ciało, za którym przepadał. Jej oczy zaś, widziały pewnie coś, do czego bardzo chciałby dotrzeć. Słynny fotograficzny kadr zatrzymywał się poniżej cudownego wgłębienia pępka. Pirelli nigdy nie przekraczał granicy delikatnego erotyzmu. Jego kalendarze robiły furorę na świecie, a modelki na długo zostawały w pamięci tych, którym dane było obcować przynajmniej z ich zdjęciami. Teraz to piękne, wielokrotnie obfotografowane ciało Agnes, na granatowej pościeli, prezentowało się jeszcze lepiej niż w kalendarzu. Rene zawahał się. Iść czy zostać? Dotknął delikatnie jej szyi. Odebrała jego dotyk jako zachętę. Wyciągnęła rękę nie otwierając oczu. - Chodź... pokochamy się, na dzień dobry, metafizycznie .I nagle otworzyła swoje przepastne oczy. Chciał znowu wydrzeć ich tajemnicę, poczuł ukochany dotyk, zapach ciała, i dał się unosić fali, która niosła go w szalonej ekstazie do regionów, jak często żartowali, czystej metafizyki ciała. - Nie zamykaj oczu, nie zamykaj oczu, muszę widzieć gdzie wędrujesz, i czy ze mną ? -Czy mogę gdzieś wędrować w takiej chwili bez ciebie? Czarne włosy splątały się już na granatowej poduszce, a otwarte oczy zrobiły się bardziej przepastne. -Czy to już kres? - pomyślał, -a jeżeli kres, to znaczy, że za tym czuciem, niczego dalej już nie ma. I wtedy w ułamku sekundy, która zaistniała poza czasem, i poza przestrzenią, w powiększonych żrenicach Agnes, które stały się nagle lustrem, czy przejściem do innego wymiaru, dostrzegł obraz znajomego samochodu pędzącego w pustkę, nocnej szosy. Widział go przez drzewa lasu, i widział też pasmo szosy oczami kierowcy. Czy to on pędził, aby zdążyć na kolejne ważne spotkanie, czy ktoś podobny do niego, w podobnej, swojej sprawie? Te dwa obrazy nałożyły się na siebie gwałtownie i nieoczekiwanie, potem wybuchło jasne oślepiające światło gdzieś od przodu, i pojawił się na moment cień strachu, czy to on się bał, czy ktoś o niego ? Jakaś ciemna bariera tarasowała mu szosę, bok nieoświetlonego tira, wyjeżdżającego tyłem z lasu, szczelina którą mógł przemknąć wypełniła się jaskrawym światłem, patrzył i czuł, patrzył i wiedział że to kres drogi, samochodu i siedzącego w nim człowieka. W kompletnej ciszy, mały peugeot wbił się pod dużego tira. Oślepiło go porażające światło. Przestał się bać. Był poza czasem, i poza tą przestrzenią. Żrenice Agnes gwałtownie zwęziły się. Światło w nich zgasło. Oczy powoli zamknęły się. Drżenie przebiegło przez całe ciało, zroszona potem skóra błyszczała w promieniach porannego słońca. Cisza i bezruch. I tylko pod powiekami zmęczonego Rene, pojawiła się jakaś, obca? znajoma? kobieta, i usiłowała coś, pewnie ważnego, powiedzieć. Ale czy Rene mógł to słyszeć?

Nad Sekwaną bukiniści rozkładali swoje skarby, według sobie tylko znanej hierarchii wartości.

Książki duże i małe, nowiusieńkie i solidnie sczytane, mądre i takie sobie, kusiły przechodniów tajemnicą w sobie zawartą, i chociaż, jak twierdzą ogólno-europejskie statystyki, coraz mniej ludzi czyta dzisiaj cokolwiek przypominającego książkę, coraz to ktoś z przechodniów zatrzymywał się przy skromnej budce, deskach rozłożonych na chodniku, czy zwykłej płachcie, trzymającej się ziemi, dzięki sprytnie rozłożonym kamieniom, aby sięgnąć po tę lub inną książkę, i zagłębić się, przez moment, w jej przepastnych mądrościach. Rene, idąc wzdłuż straganów, nie myślał o książkach, nie myślał już nawet o Agnes, o jej pociągającej i ekscytującej go zawsze cielesności.

Słońce rzucało przez drzewa swoje nieśmiałe promyki, świat wydawał się całkiem sympatyczny i zupełnie oswojony. Przyspieszył kroku i wymijając jakiegoś wyjątkowo leniwego przechodnia, nagle zderzył się z młodym chłopakiem czytającym swoją książkę. Uderzenie wytrąciło mu książkę z ręki , wylądowała na chodniku rozkładając się na dwie części. Rene przeprosił i schylił się żeby ją podnieść, wyprostował zagiętą kartkę i zerknął przy okazji na zaznaczony tekst Przeczytał: -Co by było, gdybyś zasnął ? I gdybyś miał sen ? A w tym śnie udałbyś się do nieba i tam zerwał dziwny i piękny kwiat ? A po obudzeniu trzymałbyś w dłoni ten kwiat? To co ? Co wtedy ? Zerknął na autora: Coleridge. Chciał oddać książkę chłopcu, ale nie było po nim śladu.

Zniknął, tak nagle jak się pojawił. Rene, z cudzą książką w ręku, ruszył przed siebie, ale zapomniał dokąd tak się śpieszył, więc się zatrzymał. I jeszcze raz zajrzał do trzymanej w ręku obcej książki.

Mniej więcej w tym samym czasie Claire, licząca się w Paryżu jasnowidzka, i co ważne w tej relacji, osoba naprawdę żyjąca tu i teraz, na Ile de la Cite, przy ulicy Chanoinesse, osoba którą szanuję i kocham, rozkładała w swojej pracowni karty tarota. W bulwarowej, paryskiej prasie nawypisywano na jej temat prawie wszystko, co można było napisać o kimś, kto nie ukrywa że ma wgląd w sprawy, o których normalni śmiertelnicy mają dość skąpe pojęcie. Była sama, nie licząc stadka czerwonodziobych, australijskich zeberek, które dawno już uzyskały status domowników. Tarot służył jej zawsze do osiągnięcia porannego stanu koncentracji, wyizolowania się na moment z obecnej czaso-przestrzeni, a rozkład dziewięciu kart, pozwalał rozpoznać, z odpowiednim wyprzedzeniem, wyzwania przed którymi każdego dnia musiała stawać. Żyła bowiem w głębokim przeświadczeniu że w jej los wpisane są losy wielu ludzi, i wielu spraw, którym powinna pomóc, bo taka jest jej droga. Delikatnie odkrywała więc kolejne karty, jedną po drugiej, mrucząc do siebie pod nosem :Gwiazda, mistyczne centrum, jasne, to głos samego przeznaczenia, może nawet jakaś nowa i zaskakująca sytuacja, a tutaj Diabeł, piętnastka, w arabskim zapisie szóstka, słynne połączenie opozycyjnych zasad, możliwa łączność z wewnętrznym "ja", egocentryzm, odwieczne poczucie własnej odrębności, władzy czyli mocy, czasami nawet zaskakującej mądrości, pewna forma nawiedzenia, ale z tym jeszcze daje się żyć, tak, słynna piętnastka, to również liczba miłości, której wszyscy tak bardzo pragną, chociaż każdy ma inne wyobrażenie na jej temat, i prawie każdemu chodzi o zupełnie inny jej wymiar. A przecież w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko miłość, i to co potrafimy z nią zrobić, we własnym życiu. Jak czasami trudno spojrzeć sobie codziennie w oczy i powiedzieć jak najprościej: dziś też cię kocham. Co mamy dalej? Śmierć. Trzynastka. Dobrze. Koniec tego co się przeżyło i początek nowego życia. Jakiś początek. Oczekiwanie na zmianę. Ludzie boją się trzynastki, jakby to ona powodowała ich życiowe kłopoty. A to tylko początek nowej drogi. I znowu, prawie wszystko zależy od nas. A tu? Kochankowie. Szóstka. Fatalny konflikt w trakcie rozwiązywania. No, to jeszcze. Pierwszy akt samodzielnej decyzji. Dobrze że nie była odwrócona, żyć w stałej niezdolności do podejmowania jakiejkolwiek decyzji, poddawać się presji wydarzeń, to istny koszmar. No i proszę, Papieżyca, czyli ujawnienie rzeczy ukrytych, które niosą siłę i nadzieję na nowe rozwiązania. Chyba już wiem co mnie dzisiaj czeka. Kocham cię taką jaką jesteś.... -Wejdż przyjacielu, czekam na ciebie.

Rene rzeczywiście stał przed drzwiami Claire, ponieważ w ostatniej chwili przypomniał sobie o umówionym spotkaniu, a uliczne wydarzenie z chłopakiem rozegrało się w bliskości jej domu.

Słysząc zaproszenie z wewnątrz, pchnął uchylone, przypadkiem? drzwi i znalazł się w słynnej pracowni Claire, wielokrotnie opisywanej na różnych łamach, rzadko życzliwej, a najczęściej jednak mocno złośliwej, kolorowej prasy. Wszedł i stanął zaraz za progiem. Claire siedziała na podłodze, nad rozłożonymi kartami tarota. Spojrzeli na siebie z uwagą. Drzwi cicho zatrzasnęły się same, odcinając mu drogę powrotu. Rozgadane wcześniej australijskie zeberki uciszyły się, ciekawe pewnie tematu rozmowy. Wypadało zacząć." Przerwałem na chwilę lekturę.

Życie Stephanie, jej Teatr, jest dość zagadkowy i nie do końca jasny. Nie każdy też jej wierzy, że to co opisuje sama przeżyła, a jednak, kiedy tylko znajduje się w Paryżu, odwiedzają ją ci, dla których życie nie jest takie proste i jednoznaczne, jakby się z pozoru wydawało. Tak też jest w innych częściach świata, gdzie również przebywa. Pomaga ludziom bo jest autentycznym jasnowidzem. Widzi przeszłość i przyszłość. Stworzyła swój Teatr Życia aby pomagać innym, bo nie jest łatwo dzisiaj żyć. Atakują ją i przypodchlebiają się jej. Jak w normalnym życiu. Ona swoje życie traktuje normalnie, jak każde życie. Mimo że jest sama tajemnicą, odsłania innym ich tajemnice, skutecznie.Za to ją szanują. Żyje wśród nas. Stephanie. I kiedy dotarłem w Paryżu na Ile de la Cite, na ulicę Chanoinesse, i stanąłem przed jej drzwiami, nagle bojąc się zapukać, usłyszałem: - wejdż przyjacielu, czekam na ciebie. Więc wszedłem.

Andrzej Maria Marczewski

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link