Teatr Wspólnej Europy

13 grudnia 2002 roku przed naszymi, telewizyjnymi oczami rozegrał się wielki spektakl nowego Teatru Wspólnej Europy.

Znakomicie zbudowana dramaturgia, wyraziste postacie polityków europejskich przepytywanych przez wszystkich żyjących w Polce i uprawiających publicznie swoją profesję dziennikarzy, i na ich tle, kopenhaskie kreacje aktorskie, bo tak to trzeba określić, Zespołu Leszka Millera. W poincie, o drugiej nad ranem, już w Warszawie, w Urzędzie Rady Ministrów, Pan Premier osobiście wykonał podwójnego misiaczka w obecności zimnego, telewizyjnego medium, i paru żywych fotoreporterów , z jak zawsze wzruszonym o tej porze Adamem Michnikiem, i pojechał wymienić swój pięćdziesięcioeurowy banknot na stary ale jednak złoty zegarek Pana Prezydenta.

Koło historii gładko obróciło się, i nawet specjalnie nie zazgrzytało. Sekwencja pałowania na ulicach bogu ducha winnych ludzi przez ówczesnych zomowców, dwadzieścia jeden lat temu, powtarzana cyklicznie na naszych telewizyjnych ekranach przez różne stacje i podmioty, gładko przeniknęła w triumfalne, ale przecież zasłużone, gesty zmęczonych ale i szczęśliwych bohaterów kilkudziesięciogodzinnego europejskiego spektaklu, przy którym wyczyny osławionego swoistym pojmowaniem teatralnego świata i seksu Krystiana Lupy po prostu bledną. No i oglądalność była nieporównywalna. Co jest podobno niezwykle istotne we współczesnym pojmowaniu każdej sztuki, państwowej, offowej, happeningowej czy ulicznej. Teatr Wnętrza ukrył się we wnętrzu nielicznych, którym jest jeszcze do czegoś tam potrzebny. Zatriumfował Teatr Triumfalny, Społeczny, może nawet i Polityczny z lekkim dodatkiem obowiązujących reklam. I teraz już wiemy co będzie obowiązywało w Teatrze Wspólnej Europy przez najbliższe dziesięć lat. Jest to optymistyczne o tyle, że może wreszcie będzie można robić jakieś długofalowe plany i przestrzegać ich wykonania. Ci, którzy obeznani są na co dzień z podwórkiem polskiego teatru , wiedzą że obowiązującą na ogół wszędzie normą jest rozpoczynanie każdego kolejnego sezonu bez żadnego planu repertuarowego, bez pieniędzy na jakiekolwiek realizacje, z poczuciem że nadal trzeba kleić to, co już dawno nadaje się tylko do wymiany. Wymienić trzeba system utrzymywania Teatrów, czyli mówiąc prościej należy szybko przeprowadzić ich reorganizację, bo może za chwilę się okazać że nie ma już czego reorganizować. Na co pewnie po cichu liczą ci, którzy odpowiadają, jak pewnie sami czują, za margines życia społecznego zwany Polską Kulturą. Łatwiej bowiem przypina się raz do roku kulturalne medale tym co na nie bardziej lub mniej zasłużyli, niż na co dzień pilnuje się spraw Narodowej Kultury. Co ciekawe, na przykład u przyjaciół Niemców, sprawy Teatru zostały już dawno, bardzo przyzwoicie rozwiązane, plany repertuarowe robi się wieloletnie, przestrzega terminów premier, wyznaczonych obsad, i nawet inwestuje się pokażnie we własną niemiecką dramaturgię współczesną, co owocuje kontrowersyjnymi spektaklami, obwożonymi następnie po różnych europejskich festiwalach, w tym również polskich. A więc jednak można. Francja też znakomicie daje sobie radę z własnymi projektami teatralnymi, realizowanymi bynajmniej nie przez sceny państwowe, których jest parę w skali kraju, ale jednak dotowanymi z funduszy ogólnych. Włochy też mają się nieżle, nie mówiąc już o Anglii, potentacie, inwestującym wyłącznie we własną dramaturgię. Na tym tle Polska bez wspólnej Europy za plecami wyglądała cieniutko. Co się grało na naszych scenach to każdy widział, choć nie każdy chodził do Teatru, bo ile razy można w końcu oglądać to samo, coraz gorzej realizowane. Zawartości myślowej w prezentowanych sztuczkach było tyle co kot napłakał, i to bynajmniej nie bułhakowowski Behemot. Na zakończonej niedawno "EuroDramie 2002" w Teatrze Polskim we Wrocławiu, należącym do wspaniale się promującej już europejskiej grupy: Lupa-Jarzyna-Warlikowski-Miśkiewicz, najwyższy guru i wychowawca pokażnej garści wyznawców, wymieniany tu już Lupa, skromnie stwierdził w odniesieniu do reżyserowanego przez siebie we Wrocławiu dramatu Gorkiego któremu dopisał dialogi współczesnych meneli: "Czasem słyszę w tekście fałsz. Wtedy dopisuję dialogi. Czechowowi niczego nie można dopisać. W jego dziele nie ma fałszywych dialogów, a tu w pewnej sytuacji okrzyk "kurwa" tłumaczy wszystko." Spotkanie z mistrzem w czasie prowadzonych przez niego warsztatów dla młodych dramaturgów spisał dzielnie Leszek Pułka i opublikował we wrocławskiej "Gazecie Wyborczej" 5 grudnia. Trzeba dodać w tym miejscu że podobną odkrywczą metodę zastosował już Lupa w swojej krakowskiej adaptacji "Mistrza i Małgorzaty", którą nasycił, poza wysublimowanymi męskimi aktami, podobną "literaturą" własnego autorstwa. Ale jeden krakowsko-wrocławsko-warszawski Lupa wiosny nie czyni, chociaż już zaczął promować nas, Polaków, swoim teatrem w zjednoczonej Europie. Robi to też, warszawski, ale z drobnymi krakowskimi domieszkami otwarty na wszystko super Jarzyna, na miejski rachunek i międzynarodowy Warlikowski za jakieś ogólnospołeczne pieniądze. Czyli można powiedzieć jest dobrze, jesteśmy w teatralnej Europie obecni. Z czym? To już oddzielne zagadnienie, o którym nikt nie chce publicznie dyskutować, bo po pierwsze nie ma forum, pisma kulturalne wyzdychały, recenzenci zajmują się bieżącymi wierszówkami z każdego posklejanego do kupy bez pieniędzy spektaklu, a po drugie nie ma po co, bo kogo interesuje dzisiaj wysoka Kultura skrzyżowana z takąż Sztuką? Jest wolny rynek, który zapełnia się kolorowymi, masowymi, wolnymi bzdetami i obawiam się że nawet wieczne dziecko szczęścia Jan Englert, któremu Święty Mikołaj o twarzy Waldemara Dąbrowskiego dał w prezencie pod tegoroczną choinkę Teatr Narodowy, będzie musiał nieżle się nagłówkować żeby coś z tym fantem sensownego zrobić powyżej swojej "Wodnej kurki". Pierwsze rady płynące z jak zawsze znakomicie dla siebie zorientowanego środowiska są znakomicie proste, wystarczy zaprosić dziesięciu wybitnych reżyserów, środowisko podsufluje kto do nich należy, a ciż reżyserzy powiedzą co im dwukrotnie w duszy zagra, czyli zaproponują po dwie sztuki, i już problem programowego repertuaru Narodowej Warszawskiej Sceny sam się rozwiąże. Prawda jakie to proste, oczywiste i nieskomplikowane? Jak całe nasze środowisko. Tyle byłoby w żartach, bo przecież żartujemy sobie wspólnie, że to, o czym mówimy jest ważne, potrzebne, zajmujące dla decydentów. Nie można nawet sparafrazować Urbana, że Kultura się sama wyżywi jak każdy Rząd, bo to nieprawda. Nie wyżywi się i nawet nie chce ostatnio "rządu dusz", bo już nie wie, co miałaby z nim uczynić. Wystarczy jej rząd dotacji, z którym też krucho.

W Kopenhadze Premier z trzema Wicepremierami bili się o dodatkowe litry mleka które będzie nam wolno wyprodukować według unijnych standartów. O to, czy nam wolno będzie myśleć po swojemu, nikt się nie bił, bo to w sumie nieistotne, każdy może myśleć w domu co chce i jak chce, bo i tak nie ma to żadnego wpływu na resztę społeczeństwa, czyli nie przekłada się na masowość, która jest zaklęciem naszej współczesności. Jedna czy druga "kurwa" Lupy w europejskim teatrze Jego imienia niczego nie zmieni, może najwyżej dodać ogólnemu wyrazowi dziejów, słowiańskiej pikanterii, jak pięknie rozebrani chłopcy, prężący swoje ogolone i opalone pośladki w większości eksportowanych z Polski spektakli. I niech to będzie symbolem polskiego Teatru we wspólnej Europie XXI wieku, skoro nie ma w nim miejsca na myśl, jakąkolwiek ideę, cząstkową przynajmniej refleksję o naszym wspólnym losie i odpowiedzialności za niego. A gdybyśmy jednak chcieli autentycznie zaistnieć, wobec darowanej nam szansy, na europejskim forum, z jakąś własną, rodzimą propozycją, która będzie w stanie naprawdę zainteresować naszych nowych i starych europejskich przyjaciół, to musimy niestety zainwestować w polską Kulturę i nasze myślenie, które nie musi być lepsze czy gorsze od innych, ale musi wyrażać nasz dorobek intelektualny z którym wchodzimy do nowej wspólnoty i musi być propozycją wartości a nie merkantylności. A o wartościach nikt, nigdzie, publicznie nadal nie chce dyskutować. A może wystarczy połączyć system finansowania z systemem wartościowania? Czyli mówiąc prosto finansować projekty w których o coś chodzi, i niech ten kto finansuje określi, o co mu chodzi i na co chce przekazać publiczne czyli nasze pieniądze. A ponieważ są one publiczne, to efekty ich wydania podlegają przecież publicznej ocenie i bardzo łatwo sprawdzić na co zostały wydane i jak to się ma do programowych zapowiedzi. W wypadku Teatru jest to najprostsze do stwierdzenia, ponieważ wystarczy pójść na sfinansowany przez miasto spektakl, aby się przekonać czy miasto lubi i finansuje sceniczne męskie, opalone nagie pośladki, połączone czasami w twórczej wizji z różnej jakości penisami, w tym również damskimi ,czy miasto wybiera brawurowo zinterpretowany i tak również wykonany monolog "być albo nie być" mówiący o naszej, polskiej rzeczywistości na progu połączenia się z Unią. To samo dotyczy teatrów finansowanych przez Ministerstwo Kultury. Nazwa Narodowy niech tu nikogo nie myli, w dalszym ciągu mówimy o promowaniu i finansowaniu wartości przekazywanych przez Sztukę. Wygląda to na ogół prosto, schody zaczynają się w momencie kiedy przychodzi decydować, bo ten kto decyduje bierze na siebie odpowiedzialność, ale tak zawsze było, jest i będzie, tylko niech ten kto decyduje nie wstydzi się tego, i nie ukrywa za plecami innych, abyśmy podsumowując, nie wieczną przecież jego kadencję sprawowania urzędu, mogli go rozliczyć z efektów. Nawet artystycznych. Bo to on desygnuje konkretnego Artystę i daje mu finanse na realizacje określonej jego wizji. A ta wizja zmieniona w spektakl, film czy sztukę telewizyjną ma nam służyć. I wystarczy tylko dodać do czego. Do rozwoju osobowości, wzbogacenia wewnętrznego, czy prostej uciechy męsko-pośladkowej. I nikt tutaj nie wmówi nikomu myślącemu, że te przysłowiowe sceniczne męskie nagie pośladki to kwintesencja dzisiejszej filozofii bytu zmęczonych komunistyczną, powojenną gehenną Polaków. Ale żeby móc o czymś dyskutować, spierać się i mieć jakieś własne zdanie, trzeba sobie uświadomić jaki system wartości się wyznaje, ponieważ wszystkich na raz ,nie da rady wyznawać.

A jeżeli już się jakiś system wartości wyznaje, to trzeba być mu wiernym, i konsekwentnym.

I to wszystko. Aha, trzeba być jeszcze kompetentnym, ale o tym powinni decydować decydenci, mówiąc w największym skrócie. Oczekuję, po programowych zapowiedziach przedwyborczych Pana Profesora Lecha Kaczyńskiego , że już jako Prezydent Warszawy pierwszy da przykład realizowania systemu wartości który wyznaje. Również w Kulturze.

W tym i w Teatrze. Aby stał się On znowu przysłowiowym szekspirowskim Zwierciadłem Wartości Polaków XXI wieku. Wartości, które będą naszym umysłowym a nie tylko mlecznym wkładem do Wspólnej Teatralnej Europy. Bo przecież:

"Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają."

Andrzej Maria Marczewski

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link