Andrzej Maria Marczewski - Woland wróć!

Otrzymałem maila, i pozwolono mi go opublikować na mojej stronie, co właśnie czynię:

"Wokół jest coraz ciekawiej. Wchodząc w dorosłe życie skupiamy się na obserwowaniu tego, czego do końca nie rozumiemy. A trudno zrozumieć dzisiejszych herostratesików. Ten oryginalny, szewc z Efezu spalił w 356 roku p.n.e. świątynię Artemidy, jeden z siedmiu cudów świata. Został skazany na śmierć. Był opętany obsesją zyskania wiecznej sławy nawet za cenę wielkiej zbrodni. Jego osobisty świat był mały, zamknięty, nie rozumiał go, bał się rzeczy które go przerastały. Skoro nie potrafił tworzyć, niszczył, i świat nagle zrozumiał że istnieje też anty-droga.

Drogą się idzie ku czemuś, prowadzi ona do celu. Cel się zdobywa, osiąga, aby więcej zrozumieć, stworzyć dla innych, dać wyraz swojemu jestestwu, swojej niepowtarzalności, oryginalności, wierze że świat wart jest zdobywania i uczestnictwa w nim. Twórczego. Anty-droga prowadzi do chaosu niszczenia, zapętlenie się w nienawiści do innych, do sensu i mądrości życia, niepowtarzalności form jakie niesie to życie. Niszczę więc jestem - oto zawołanie tych, co tworzyć nie chcą, choć mogą. Wysadzę świat bo go nie lubię i on mnie nie lubi. Ta frustracja przeradza się czasami w anty-sztukę.

Sztuka jak powszechnie wiadomo służy ludziom, pozwala im mądrzej i ciekawiej żyć, otwiera przed nimi nowe sensy poszukiwań, nowe wewnętrzne przestrzenie. Słowem - tworzy wymiary w których człowiek konfrontuje się ze światem, ze sobą, z innymi i próbuje ten świat po swojemu ponazywać i oswoić. Uczynić go lepszym, bardziej ludzkim, sprawiedliwym i pięknym. Sztuka jest zaklęciem stosowanym od prawieków dla wydobycia wewnętrznej prawdy świata i rządzących nim mechanizmów. Człowiek usiłuje to wszystko zrozumieć, żeby nie zostać w tyle, w czasie ogromnego przyspieszenia, i przemian które życie niesie.

Żyjemy w takich czasach. I jak zwykle w momentach przełomu, jedni skupiają się na własnej konsumpcji, rozumianej bardzo szeroko, ale zawsze w wymiarach materii, muszę zdobywać coraz więcej kasy, wpływów, młodego seksu, aby opanować i wykorzystać ten świat, by mi służył. Muszę się znaleźć w grupie trzech procent ludzkości która dysponuje dziewięćdziesięciu kilku procentami dóbr świata, reszta dóbr należy do dziewięćdziesięciu siedmiu procent pozostałych biedaków, uczestników naszego wspólnego życia.

Inni, w momentach przełomu myślą o własnym coraz intensywniejszym, duchowym rozwoju, chcą więcej zrozumieć, przeżyć, dotknąć, poznać, zrozumieć Sens świata i jego prawdziwe możliwości. Otwierają przed sobą świat Ducha, przestrzeń wyobraźni, przeczuwalności, współ-odczuwania. Współcześni ?więci zajmują się tymi, co nie wiedzą co ze sobą zrobić, i nie dają sobie rady ze światem, który w ich mniemaniu ludzi przerasta.

Tak toczy się koło Czasu wynosząc jednych ku ?wiatłu, grzebiąc drugich w mroku niewiedzy. Wyboru dokonuje każdy Człowiek osobiście, na swój wymiar. Niszczyciele, owi herostratesikowie naszych czasów chcą wymazywać z pamięci Czasu, a więc i z pamięci Ludzi w nim żyjących, znaki pozwalające im zrozumieć siebie i świat.

Takie znaki tworzy też Teatr. Tworzą je ludzie poprzez Teatr, dla innych Ludzi. Tworzą swój kod znaków którym mogą się porozumieć ponad podziałami, barierą języka, wyznaniem wiary , opcją seksualną. Indywidualnych Teatrów przybywa, mozolny dialog ludzi z ludźmi, i ludzi ze światem trwa. Od czasu do czasu pojawia się ktoś żeby to zakłócić. Pojawia się i na ogół dość szybko znika, a Czas miłosiernie zaciera ślady po nim.

Zastanawiam się nad pewnym fenomenem, w którym od kilku lat uczestniczę z pozycji Widza-świadka. Fenomenem, bo nie zdarzyło się jeszcze w historii powojennego, polskiego Teatru aby jakiś spektakl wymyślony przez twórcę trzydzieści lat temu, istniał na różnych scenach, w kolejnych, coraz bogatszych znaczeniowo wariantach, przez taki okres czasu. Każda wersja ustawiała inaczej kod teatralnych znaków, bo inna była Polska w roku 1980, 1982, 1989 , 1998, 2003. Na ostatniej, łódzkiej scenie żył ten spektakl przez sześć lat, przyjmowany owacyjnie, najczęściej na stojąco przez młodych Widzów, doczekał się setnego pokazu i decyzji takiego właśnie herostratesika, aby go zniszczyć.

Myślę tu o "Mistrzu i Małgorzacie" Bułhakowa, wprowadzonym w Wałbrzychu na polskie sceny przez Marczewskiego w 1980 roku, odradzającym się w kolejnych scenicznych wcieleniach w Płocku, Bydgoszczy, Bielsku-Białej, Kijowie, Sosnowcu i Łodzi. I w tym ostatnim, malowniczym perspektywicznie mieście Dawida Lyncha dopadł go rok temu mały niszczyciel, w którego "nieograniczoną władzę" oddano na rok, niczemu nie winny Teatr, założony kiedyś przez wybitnego, nie żyjącego już Twórcę. Oczywiście jest pewien pozytywny aspekt tej "bułhakowowskiej" sprawy, ten mały niszczyciel mógł spalić piękny Teatr, bo mu na to pozwolono w destrukcyjnym akcie odreagowania na nieposłuszeństwo Losu, który zagrał z władzą jak chciał, i nie tego co mu polecono w konkursie wybrał.

Herostratesik zaś z kolei wybrał drogę na skróty, i kazał najpierw porąbać krzyż na którym Jeszua z woli wyroku Piłata zakończył swoje życie w powieści Mistrza. Rąbać Krzyż w dzisiejszych czasach, nawet w łódzkim Teatrze to pewna ekstrawagancja i w sumie ryzyko. Sataniści wolą go palić, ogień ma moc, oczyszcza, nawet tych którzy w nim nie płoną. Ile przyjemności mógł czerpać (facecik?) z widoku rąbanego Krzyża? Na drugi ogień, nomen omen, poszło łoże Wolanda. Rąbać łoże Szatana, który odwiedził po Moskwie Łódź, i dobrze się w niej poczuł, to też pewne ryzyko dla ludzi znających meandry powieści. W tym łożu przecież Hella robiła Wolandowi słynne okłady kolana, w nim zobaczyła go po raz pierwszy Małgorzata przybywająca na słynny Bal pełni księżyca. Ale stało się, łoże podzieliło los krzyża. Na trzeci ogień (odpukać) wybrano "pień" Małgorzaty, z którego witała gości przybywających na Bal u Szatana. Był "pień" i nie ma pnia, ot sztuczka miła dla oczu, mały niszczyciel się cieszy, nie będzie już w Łodzi Jeszua otwierał oczu władzy bojącej się Prawdy, Piłat może zapijać w nieskończoność swój niepokój w księżycowym promieniu, czekając na powrót Jeszui, Mistrz z Małgorzatą zasłużyli tylko na spokój. Po pniu poszło już łatwo, podesty, ławy, wszystko co się dało zniszczyć podzieliło los krzyża. Jak mówi gdzieś tam, na zakręcie akcji Korowiow: popatrzcie sami, jakie to proste - było i nie ma.

Woland jak to Woland wyjechał do Paryża i dalej, w końcu Łódź mu nie straszna, widział dziwniejsze miejsca i dziwniejszych niszczycieli, Berlioz jak wiadomo stracił głowę i etat w teatrze, przykre, Annuszka wyjechała do Kielc, gdzie miejscowy dyrektor teatru przyjął ją z otwartymi ramionami, doktór Strawiński stanął przy taśmie i produkował wytłoczki żeby przeżyć, psychiatria dzisiaj nie ma żadnych szans w walce ze współczesnym kapitalizmem, Kajfasz, jak zawsze mądra i przebiegła głowa otworzył prywatny teatr w Manufakturze i gra w nim, to na co ludzie przychodzą, tylko przyklasnąć, Jeszua na wszelki wypadek wrócił do swoich, Iwan Bezdomny został rolnikiem, i jak radził mądry Wolter uprawia swój ogródek i pisze pamiętniki, Behemot jak każdy bezczelny kot udał że nie widzi problemu i cofnął się aż do epoki socrealizmu, bo dalej już nie ma z czego kpić, Azazella pogoniono bo się podobno rozpił ze złości że demon pustyni tak mało dzisiaj znaczy i musi molestować żeby się utrzymać na powierzchni, Korowiow zajął się wychowywaniem własnego dziecka, czyli uwierzył że świat ma jakąś przyszłość, poza tym odrobił z nawiązką swoją pańszczyznę u Wolanda, o Mistrzu i Małgorzacie słuch zaginął, pewnie odrodzą się w innym czasie, w innych postaciach, są przecież nieśmiertelni. O małym niszczycielu też słuch zaginął, był człowiek i nie ma człowieka. Teatr trwa, bo też jest nieśmiertelny. Z czystej więc tęsknoty wołam w cyberprzestrzeni: Woland wróć! Bez ciebie nic już nie będzie takie jakie było". Panie Andrzeju, z wyrazami szacunku i wiarą w lepsze jutro
też Małgorzata (nazwisko i adres do wiadomości)


Droga "też Małgorzato", to wszystko prawda co napisałaś, ale świat bywa czasem przekorny, a Los życzliwy dla dobrej sprawy, niszczyciele przychodzą i odchodzą a Teatr Myśli i Sensu trwa wbrew potocznym opiniom, bo Ludzie chcą myśleć i chcą sensu w życiu i Sztuce. Na tym trzyma się świat (cytuję za Bułhakowem). Kiedy odchodziłem po sześciu latach dobrej artystycznie dyrekcji z Bydgoszczy, zostawiłem następcy 30 sztuk w repertuarze, z najwyższej półki, łącznie z Hamletem, w konkursie wybrano faceta na siódmą literę alfabetu który kazał wszystko rąbać (skąd to znamy), bo miał offowy i niszowy pomysł na państwowy Teatr. Po roku nie było po nim śladu, i nie ma do dzisiaj, niestety po wielkim repertuarze też nie ma, bo rozgonić zespół aktorski jest bardzo łatwo, stworzyć już trudniej. Kiedy się "rąbie" po kimś repertuar, wyżywając się na "żywych" przecież dekoracjach (nie ma materii martwej mówił niezapomniany Bruno Schulz), tucząc się "kawałeczkiem" danej na chwilę władzy, okazuje się przede wszystkim ogromną pogardę tym wszystkim którzy byli przed, i tym co będą po. A pogarda jak wiadomo, jak każdy zły uczynek obraca się przeciw temu który gardzi. Nic dodać, nic ująć.

Rękopisy przecież nie płoną, każdy ludzki uczynek jest odnotowany w Księdze Życia, i nasze wybujałe ego musi ugryźć się w końcu we własny ogon, a to nie jest przyjemne. Ostatni spektakl "Mistrza i Małgorzaty" odbył się na Międzynarodowym Festiwalu Złoty Lew 2008 we Lwowie, w wielkim, wypełnionym po brzegi Teatrze Zankowieckoj. I był to kolejny sukces naszego Bułhakowa. Zaproszenia spektaklu na prestiżowy Festiwal nie odnotowała z przyczyn oczywistych żadna łódzka gazeta, to nie mieściło się po prostu w opcji mieszania nas z błotem, za, jak to ładnie powiedział po latach przed Sądem Pracy, reżyser od "jebać starych" (piękne określenie związane z jego krótką kadencją w Teatrze Powszechnym w Warszawie), powtórzmy jeszcze raz - za- złamanie bojkotu towarzyskiego przeciw dyrektorowi Królikiewiczowi). Tego nie wymyśliliby specjaliści od sitcomowych seriali, jakieś środowisko, ogłosiło jakiś bojkot miejskiego teatru utrzymywanego z pieniędzy podatników, za to że dyrektorem został znany i uznany w Polsce i na świecie reżyser, niejaki Grzegorz Królikiewicz. Tych co ogłosili ten tajny bojkot nikt nie znał, dopiero przed Sądem sprawa się wydała, za sprawą tego od "j....a" starszych, puścił nieopatrznie farbę i mleko się rozlało, niedługo on sam odczuje co znaczy być po drugiej stronie, bo przecież starzeje się jak każdy z nas. Myślę że rzecz cała powinna znaleźć swoje odbicie (łącznie ze smacznym cytatem), na tablicy wmurowanej z frontu Teatru, ku pamięci przyszłych pokoleń dla których państwo może już nie wyasygnować kasy na jakiś Teatr, wiadomo - zawsze są ważniejsze wydatki.

Z kronikarskiego obowiązku, dla przyszłych pokoleń, należy tylko odnotować fakt, że normalnie reagowali na nasz spektakl tylko recenzenci zewnętrzni (Janusz R. Kowalczyk w "Rzeczpospolitej", Jacek Sieradzki w "Polityce"), i okazało się po raz kolejny że "siła łódzkiego słowa pisanego" ma się nijak do prawdy słowa mówionego, Widzowie zadecydowali o tym że "Mistrz i Małgorzata" żył na scenie. A teraz , na progu 2010 roku, koło naszej małej łódzkiej historii obróciło się powoli, i nowy Mistrz z nową Małgorzatą rozpoczną swoje kolejne nowe życie, w Nowym Teatrze. Co ciekawe bilety na lutowe spektakle są już pozamawiane, a porąbane dekoracje powoli wracają do swojego materialnego bytu. Każdemu bowiem będzie dane to, w co wierzy. Wierzę, już prawie od pół wieku, w prawdę, siłę i uczciwość artystycznej wizji Bułhakowa. W 70 rocznicę Jego śmierci wołam: Woland wróć!

andrzej maria
grudzień 2009 r.

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link