Coś tak zblidł? - Janusz R. Kowalczyk

Lwowskie warsztaty z Umarłej klasy Tadeusza Kantora


Jesienią ubiegłego roku odbył się we Lwowie Międzynarodowy Festiwal Teatralny "Złoty Lew" pod wodzą jego inicjatora i niestrudzonego szefa Jarosława Fedoryszyna, dyrektora miejscowego Teatru Woskriesinnia. Corocznie są na nim pokazywane widowiska plenerowe i uliczne, z popisami szczudlarzy i pirotechników, to znów poważne przedstawienia z całej Europy, grane na scenach, ale i w zaaranżowanych przestrzeniach. Wśród propozycji z Polski - dzięki wsparciu naszego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - szczególne zainteresowanie wzbudził projekt "Ja, Kantor". Złożyły się nań warsztaty kantorowskich metod pracy z aktorem, prowadzone przez Krzysztofa Miklaszewskiego oraz projekcje jego filmów dokumentów, m.in. "Ja, Mistrz", "Szatnia Tadeusza Kantora", "Wędrówki, czyli życie w Sztuce". Ich twórca udzielał się też jako doskonały rozmówca na spotkaniach z widzami.

Na warsztaty, nazwane przez prowadzącego Nowa Metoda-Kantor workshop, przyszedł niezgorszy tłumek chętnych. Obok ukraińskich studentów aktorstwa i młodych adeptów sceny pracował też polski zespół. Znalazłem się w nim i ja, jak kiedyś ? toutes proportions gardees ? Miklaszewski w Cricot 2.

Zaznał on bowiem teatru zarówno od strony teoretycznej, jak i praktycznej. Wciągnięty przez Kantora do zespołu spędził w nim blisko piętnaście lat. Dla teatru Cricot najbardziej płodnych i aktywnych.

Warsztaty kantorowskiej metody aktorstwa Miklaszewski prowadził w wielu ważnych miejscach teatralnego świata - w Wielkiej Brytanii, Danii, Szwecji, Niemczech, Rosji, na Łotwie, we Włoszech, w Izraelu, Meksyku, Argentynie, USA i Polsce (Gardzienice). Najnowsze we Lwowie okazały się niezapomnianą przygodą artystyczną i poznawczą.

Co do mnie, od jeszcze licealnej fascynacji "Nadobnisiami i koczkodanami", jestem zawołanym entuzjastą teatru Kantora. Kibicowałem mu wiernie przy "Umarłej klasie", "Wielopolu, Wielopolu" i kolejnych, niezapomnianych przedstawieniach. Teraz, po latach objawiły mi się one w zgoła innym świetle. Dzięki warsztatom każde z wielokrotnie oglądanych widowisk Kantora zdało mi się nagle o wiele przystępniejsze, jaśniejsze, prostsze. Niezbicie konsekwentne i logiczne.

Sporo rzeczy, które wiedziałem, bądź intuicyjnie wyczuwałem, dostałem teraz podane jak na tacy, rozłożone na czynniki pierwsze. Nawet gdybym pracy Miklaszewskiego z ukraińsko-polskimi ochotnikami przyglądał się wyłącznie od strony widowni ? jak wielu młodych ludzi i ich opiekunów z artystycznych szkół Lwowa - uznałbym ją za wspaniałą lekcję poglądową. Wejście w aktorskie działania uczyniło mnie tymczasem nawet nie reporterem uczestniczącym - pomysł przelania moich wrażeń na papier zrodził się post factum - lecz czynnym wykonawcą.

Uczestnicy warsztatów rozsiedli się w krzesłach ustawionych w równych rzędach, bokiem do widowni. Dwie grupy znalazły się naprzeciw siebie, acz z lekkim przesunięciem osi. Ekipa prawa, ukazująca widzom lewe profile, siedziała nieco bliżej, przeciwległa - trzy kroki w głąb sceny. Między nimi, najdalej od widza, stały pośrodku dwa krzesła, z wykonawcami usadzonymi en face. Czyżby ośla ława? Tak też zasiadłem, obok Iwana, któremu po pierwszych warsztatach trafiła się gratka zastąpienia przeziębionego poprzednika.

Prowadzący zaczął od aktorskiego abecadła. Jak przez cały czas trwania przedstawienia siedzieć nieporuszenie na swoim miejscu? Jak i kiedy wstawać? Podnosić i opuszczać rękę? Przechodzić? Przystawać? Wbrew pozorom nie było to proste nawet dla adeptów szkół teatralnych. Ich próby bezlitośnie punktowali koledzy, kolejno typowani przez Miklaszewskiego na obserwatorów. Uwagi dotyczyły głównie prywatności zachowań, które dla widza są działaniami tyle obojętnymi, ile zbędnymi, skoro ich się niemal nie dostrzega.

W metodzie Kantora ważny jest już sam sposób ustawienia stóp. Mają one trzy naturalne punkty oparcia, które ? równocześnie - muszą mieć stałe zetknięcie z podłożem. Pozycja pełnej gotowości zwiększa szanse, że wstanie aktora z krzesła będzie płynne, wyraziste, wpisane w kompozycję przewidzianej sceny i zostanie należycie odczytane przez widza. Dalsze wtajemniczenia dotyczyły właściwego trzymania rąk. Zawsze ze zwartymi palcami dłoni ? dla lepszej kontroli i elegancji gestu. Nie należy też zaciskać ust, bo w momencie podnoszenia się z pozycji siedzącej powoduje to mimowolny wytrzeszcz oczu, dlatego też aktor powinien mieć nieznacznie rozchylone wargi. Ułatwia to również oddychanie, szczególnie w scenach wymagających wytrzymałości fizycznej. W tej sprawie ośmieliłem się - ja, amator! - zwrócić uwagę Igorowi, bądź co bądź studentowi aktorstwa, grającemu znaczącą rolę jednego z dwóch belfrów. Kiedy po wyczerpującej akcji poświstywał, wciągając powietrze nozdrzami, przypomniałem mu, aby nie sznurował ust.

Praktycznych zaleceń w metodzie Kantora, zawsze przykładnie umotywowanych, było znacznie więcej. Wszystkich streścić nie sposób.

Obu grupom Miklaszewski przydzielił różne sceny z Umarłej klasy. Mówił po polsku, gdyż sąsiedzi zza wschodniej granicy rozumieli go w pół słowa. Z rzadka zachodziła konieczność wyjaśnienia, że "wielbłąd" to po ukraińsku "werblut", co z ujmującym wdziękiem czyniła warsztatowiczka Anastazja. Dwujęzycznych osób było więcej. Adeptka Ola w przerwach zasięgała opinii, do której z polskich szkół teatralnych powinna zdawać. Ze względu na urodę polscy koledzy doradzali jej Warszawę, przestrzegając przed Krakowem, gdzie ładne dziewczyny są na egzaminach wstępnych na ogół oblewane - se non e vero, e ben trovato.

Ukraińscy wykonawcy spore fragmenty tekstu przetłumaczyli na swój język ojczysty. Nie psuło to efektu, a niekiedy potęgowało wymowę. Grający niesfornego ucznia Dima wypinał nagie pośladki w stronę nauczyciela, a ten, wytężając krótkowzroczne oczy, pytał: "Coś tak zblidł?". Brzmiało to o wiele ostrzej, niż nasze blade, nomen omen, "zbladł".

Wytypowanej piątce aktorów nie wychodziło skandowanie nazw "mnogich niewiast obcego rodu", w których "rozmiłował się" Król Salomon. Ochoczemu wykrzykiwaniu: Sydo - nitki, Moa - bitki, Amo - nitki, i He - tejki, Idu - mejki, nie wszyscy podrywający się z ławek uczniowie nie potrafili nadać rytm koła zamachowego rozklekotanej katarynki. Z Kantorem ćwiczyliśmy to miesiąc - pocieszał ich prowadzący, którego wcale nie przejęło, że miejsce Sydonitek zajęły znienacka... sodomitki. - Jak wam się coś podobnego wymknie, nie poprawiajcie. Widz nie zauważy pomyłki. Tak, tak, jeśli chcecie się wyśmiać, to teraz. Póki czas. Po to są próby.

Z wolna fragmenty Umarłej klasy zaczęły pulsować scenicznym życiem. Każdy uczestnik warsztatów mógł zaproponować własne rozwiązania. Uwidoczniło się to zwłaszcza przy wyborze zawołań i sposobu wejścia na scenę. Eteryczna budowa pozwoliła aktorce Monice Wencie wykreować osóbkę równie zjawiskową, jak dziewczynki z obrazów Witolda Wojtkiewicza. Ciekawie prezentował się Piotr Hudziak, student ostatniego roku krakowskiej PWST, jako kompletnie nieprzygotowany, a do tego głuchy uczeń. Klasę aktora w pełni sił twórczych pokazał Krzysztof Bartłomiejczyk w roli jednego z belfrów. Sławomir Sójka radosnym oznajmieniem: "Dzisiaj gramy!", afirmował swoją pasję muzyka. Poeta Rafał Zięba bawił bezradnością mocarnego olbrzyma atakowanego przez duecik obcesowych pannic. Wśród tych indywidualnościach zabrakło postaci stworzonej przez prawnika Marka Stypaniaka, któremu przeziębienie odebrało w końcu głos. Na pocieszenie obejrzał finał, filmowany przez wszędobylskiego producenta warsztatów, reżysera Andrzeja Marię Marczewskiego.

O tym, że para młodych aktorów dopytywała się, w którym teatrze można mnie zobaczyć, inni zaś zapewniali, że minąłem się z powołaniem, nawet nie wspomnę, bo nie wypada. A mówiąc serio, świadczy to o nadzwyczajnej skuteczności metody Kantora, którego zespół chwalono za talenty aktorskie, choć niewielu z artystów teatru Cricot 2 legitymowało się dyplomami uczelni teatralnych. Przydał się też zmysł pedagogiczno-reżyserski Miklaszewskiego, uruchamiający w ćwiczących możliwości, jakich u siebie nawet nie podejrzewali.

Lwowskie warsztaty okazały się sukcesem. Dowiódł tego finałowy pokaz. Długi sznur scenicznych praktykantów - dopingowanych owacjami widzów - czterokrotnie wychodził do ukłonów.

Przedsięwzięcie było na tyle pracochłonne, że nie pozostawiało czasu na zwiedzanie miasta. Udało mi się jednak odbyć z Krzysztofem Miklaszewskim półtoragodzinną włóczęgę po lwowskiej Starówce. Widok uliczek wybitych połyskliwymi kocimi łbami, gdzie czas zatrzymał się jeszcze w międzywojniu, wpisałem na prywatną listę istotnych metafizycznych doznań.

Zatrzymywaliśmy się przed zapyziałymi kamieniczkami, na których nadal można odcyfrować polskie i żydowskie napisy anonsujące mleczarnię, piekarnię, krawca, restaurację czy skład książek. Mieszane emocje budzi zdewastowany Teatr hr. Skarbka. Miasto aż prosi się o zastrzyk funduszy na odbudowę, może już wkrótce unijnych. Oby.

Miło pomyśleć, że do śladu polskiej obecności we Lwowie można dopisać udane warsztaty. Miklaszewski wcielał metodę aktorską Kantora wśród ludzi, z których znakomita większość jego mistrza nie mogła poznać. Ich sprawa jaki z tej wiedzy zrobią użytek.

Polski projekt uczestnictwa we lwowskim festiwalu przewidywał m.in. koncert gongów i mis tybetańskich. Kojącą kąpiel dźwięków zapewnili wirtuozi: Jadwiga Andrzejewska, Izabela Wołowiec i Sławomir Sówka. Dwóch dżentelmenów z polskiego zespołu równolegle występującego we Lwowie, poddało się nastrojowi, spontanicznie wkroczyli na scenę i przyjęli pozycje leżące, co w przypadku tych instrumentów jest akurat stosowną praktyką.

Obok niezapomnianych wrażeń ze Lwowa, wyjazd utwierdził mnie w przekonaniu, że wielka osobowość artystyczna Tadeusza Kantora nieodmiennie wodzi na pokuszenie kolejne pokolenia ludzi teatru. I niech tak zostanie.


Janusz R. Kowalczyk - krytyk teatralny, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na początku lat osiemdziesiątych występował z własnymi tekstami w Piwnicy pod Baranami. Wieloletni recenzent ?Rzeczpospolitej".

TEATR nr 4/2010

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link