Andrzej Maria Marczewski - Jeziory - Portal Witkacego - Niebieski Motyl

To jest nasze świadectwo. 7 lipca 2009 roku ruszyliśmy z Jadwigą Andrzejewską, gongami i misami tybetańskimi, ostatnią drogą Witkacego do Dębu-Portalu Przejścia w Jeziorach. Był z nami producent spektaklu, dyrektor Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku Zbigniew Kułagowski, ekipa filmowa Marii Mrozińskiej i Anna Brochocka z Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, gdzie znajduje się największa kolekcja dzieł Witkacego, ponad 250 Jego prac. W Dąbrowicy miejscowi życzliwi mieszkańcy wskazują nieoznakowaną drogę "na Velyki Ozera", po drodze mijamy Kolky, zakręt na Szachy, nadal żadnego kierunkowskazu, stada krów na drodze, jak w Indiach, nieczułe na wybiegi samochodów aby je wyminąć, kroczą godnie, na pełnym luzie, bo są w końcu u siebie, a nas przyniosło z dalekiego świata, do którego wkrótce i tak powrócimy. Wjeżdżamy do nieoznakowanej wsi i nagle okazuje się że to są właśnie Velyki Ozera. Jesteśmy na miejscu. Nasz mikrobus z napisem "Witkacy: jest 20 do Xtej" staje na polnej drodze, dalej poprzez rozmokłe koleiny można dojść do Dębu-Portalu Przejścia na drugą stronę życia, tylko pieszo.

Czesława Oknińska-Korzeniowska która towarzyszyła Witkacemu w Jego ostatniej drodze, tak ją zrelacjonowała (normalnym drukiem podaję ostatnią relację publikowaną już po śmierci Czesi w "Kierunkach", kursywą-pierwszą relację zanotowaną po powrocie w 1939 roku z Jezior do Warszawy):

"5 września rano zatelefonował Witkacy do mnie do pracy prosząc, żebym zaraz zeszła do halu biorąc ze sobą torbę i dokumenty. Z rana koło godziny dziewiątej

Zeszłam. Czekał z małą walizeczką w ręce i paltem przerzuconym przez ramię. Był tak zmieniony, że serce we mnie zamarło-takim widziałam go tylko po śmierci jego Matki, którą kochał ponad wszystko, po Berezie - po Brześciu. Na ulicy powiedział że jedziemy do domu. Jechaliśmy nic prawie nie mówiąc do siebie, tylko mocno trzymał moją rękę - to była jego umowa. Dopiero w domu dowiedziałam się że wyjeżdżamy - że Umiastowski wydał rozkaz opuszczenia zaraz Warszawy przez wszystkich mężczyzn i że pożegnał się już z Niną, która też wyjeżdża ze swoją instytucją.

Udziela mi się nastrój zdenerwowania. Nie zastanawiam się nad sensem przedsięwzięcia. Poddaję się jego woli. Zaszokowana wyciągnęłam duże walizy: większą czarną i mały neseser brązowy ze świńskiej skóry, podarowany mi przed miesiącem przez Witkacego, zaczęłam tam wkładać różne rzeczy potrzebne w tej sytuacji ,prawie zupełnie nie wzięłam jedzenia. Miałam tylko ze sobą trzymiesięczne pobory w wysokości około 350 złotych. Wychodzimy z trzema walizkami bo Witkacy miał mały neseser. Ja założyłam dużo ciepłej odzieży: sweter, kostium, kubrak watowany. Witkacy miał na sobie jasny prochowiec, marynarkę, spodnie, pumpy, półbuty brązowe, skarpety. Na głowie kapelusz (beret nosił tylko w Zakopanem). Mówił że w walizce ma wełniany sweter z golfem.

Spakowałam neseser i małą walizkę z ciepłymi rzeczami.(..) Chciałam pożegnać się z Matką, ale Witkacy odradził, że zadzwonimy później a teraz trzeba się spieszyć.(..) Dowiedziałam się również że wyjeżdżamy bez dokładnie określonego kierunku, tyle tylko ze z pp. Grabińskimi. (..) Szliśmy w tłumie zdezorientowanej ludzkiej fali. Przyłączył się do nas pan Langier przyjaciel Witkacego i wreszcie znaleźliśmy się na dworcu - kierunek na wschód.

Nie wiem czy był to Wileński czy Wschodni. Wsiadamy na pociąg ewakuacyjny. Jechało się na południe lub wschód. Pod tym określeniem kryło się głębsze zaplecze, gdzie można jakoś żyć. Panowało przekonanie że sytuacja może się jakoś korzystnie wyjaśnić. Może Zachód nam pomoże, uciekało się od bombardowań od nadchodzącego frontu. Witkiewicz bał się wojny bardzo. Powtarzał bez końca że on wojnę zna lepiej niż inni...

(..) Witkacy nic nie mówił, trzymał mnie mocno za rękę i szepnął na ucho - nie martw się. Pociąg ruszył. Przystanki były częste, ludzie z okolic oczekiwali już na pociąg z koszami pieczywa, z mlekiem, herbatą. Z niepokojem wypytywali o nasz los, i swój własny i zagrożenie stolicy. Staliśmy w oknie i Witkacy zauważył Bolesława Micińskiego który przystanął i namawiał na zmianę kierunku trasy, jechał z żoną do Nałęczowa. Na każdym większym postoju Witkacy zgłaszał się do komendy RKU do czynnej służby, ale nie przyjmowano już nikogo - nie było broni i ubrań dla ochotników, że nawet dla młodych nie wystarcza. To było bardzo przykre chwile dla Witkacego, czuł się wykluczony z potrzebnej do obrony kraju społeczności.

Był bardzo czuły na tle swojego wieku, przeżywał bardzo nieuchronny proces starzenia się.

Siedział z zamkniętymi oczami i powiedział bardzo cicho.. W czasie jazdy były dwa nalot, chowaliśmy się w kartofliskach, w bruzdach i tak dojechaliśmy do Brześcia.

Jakaś baba częstowała nas mlekiem. Niech pan weźmie dla swojego dziecka - zwracała się do Witkacego, ponieważ byłam bardzo drobna. Szukał naczynia wreszcie wyciągnął miseczkę do golenia. Wypiłam połowę z miseczki, drugą, oddałam jemu.

(..) W Brześciu był ciężki i długo trwający nalot - wielkie zniszczenie, miasto płonęło całą noc. Witkacy był bardzo zmęczony, dawały o sobie znać dolegliwości serca, nerek i bolały opuchnięte nogi.

W czasie jednego z bombardowań, kiedy leżeliśmy przyparci do ziemi pastwiska Witkacy pokazał mi nieopodal leżącą Maję Berezowską. Chciałem żeby ci zrobiła portret-mówił. Dalej były zbombardowane tory. To był chyba Brześć. Stworzyło się piekło. Gryzący dym, huki, gwizd, pożary. Kompletna panika. Zapadła noc. My w pośpiechu wychodziliśmy z miasta. Tym razem rzeczywiście na południe w kierunku Dąbrowicy. W rowach leżały rozbite samochody i furmanki. Majaczyły zabite konie. Może byli i zabili ludzie. Szliśmy w gęstym tłumie z dwiema walizkami gdyż trzecia porzuciliśmy. Płakały dzieci, nawoływali się ludzie. Pamiętam jak wpił się palcami w moją rękę. Powtarzał że nie możemy się teraz zgubić. Że cały czas musimy się trzymać mocno za ręce. Że on czuje się za mnie odpowiedzialny i ma obowiązek pilnować mnie. Że ja sama nie dałabym sobie rady. Że spotkałyby mnie straszne rzeczy. To była straszna noc. Noc przełomowa.

Gorzej słyszał. Był załamany psychicznie i pierwsza rozmowa o samobójstwie. Rano jakaś "uproszona" przez nas furka, wracająca już z pola podwiozła nas spory kawałek drogi - i znów pieszo, po drodze jakaś osada i sklep a w nim "pyfko" dla Witkacego. (...) Od Brześcia natręctwo wizji przyszłości nie opuszczało Witkiewicza, rozmowy stały się rozpaczliwe.

Szli polscy żołnierze, Boże jak oni wyglądali w podartych mundurach i bez mundurów, bez pasów, czapek, guzików. Brudni i nie ogoleni. Bez broni. Największe przygnębienie budziła ich całkowita rezygnacja. Oczy spuszczone i zapatrzone w drogę przed siebie. Ja rozpłakałam się. Witkacy uspokajał mnie. Powtarzał: "To już koniec. Nie da się żyć. Duszę się jak po Brześciu jak po Berezie". Był w nastroju tragicznym. My jesteśmy w kręgu zniszczenia - mówił, w trybach zniszczenia. Wszystko odpada bo wszystko odpadnie do końca. Ale tak być musiało. Nie wiesz co to jest wojna. To jest straszna wojna. Ty nie wiesz jaka to jest dzicz. Jesteś bezradna. Jesteś słaba. Jesteś dziecko. Beze mnie zginiesz. Lepiej umrzeć razem. Mamy przecież jeden układ krążenia. Jeżeli odchodzisz ode mnie tracę siły. Był to najcięższy dzień wędrówki. Traktował mnie jako młodą osobę która nic nie wie o świecie, nie zna życia, potrzebuje opieki. Choć z drugiej strony sam tej opieki potrzebował i mówił że zastępowałam mu matkę. Musiał mieć stale jakąś istotę która dodawała by mu sił i przywracała młodość. Nie miał przecież dzieci i dawno mieć ich nie mógł. Była to namiastka ojcostwa. We mnie przeżywał jeszcze raz swoją młodość. Czułam że nieodwołalnie zdecydował się popełnić samobójstwo, ale nie miał odwagi zrobić tego sam, choć powtarzał: "jak nie chcesz zrobię to sam". Poddawałam się jego silnej woli, jego dyrektywom. Intelektualnie panował całkowicie. Nie znosił sprzeciwu. Zawsze zostawał przy swoim. Takie miał wychowanie. Tak przyzwyczaił się we współżyciu z ludźmi, gdzie zawsze wszyscy mu ustępowali. Ale moralnie czułam swoją rację i broniłam jego i siebie ile sił. We mnie myśl o samobójstwie nawet nie powstała. Przede wszystkim wierzyłam że coś się jeszcze stanie, co wpłynie na zmianę zamiarów Witkacego. Myślałam że coś się odmieni w losach wojny, ktoś przyjdzie nam z pomocą, znajdziemy jakieś lepsze miejsce, stanie się cud. Na wszelkie sposoby starałam się odwieść go od tego zamiaru. Wyczerpałam wszystkie dostępne argumenty. Mówiłam że to tchórzostwo, że potrzebny jest on i jego sztuka społeczeństwu, że będzie się mną opiekował, że ma przyjaciół którym zależy na nim. Kiedy argumentów mi zabrakło całowałam go po rękach. Obserwowałam każdy krok. Dbałam jak o dziecko. Nie przyjmował tego.

W tym stanie dobrnęliśmy do Dąbrowicy. W zajeździe było pełno ludzi, bufet dobrze zaopatrzony, "pyfka" do woli i pierwsze prawdziwe jedzenie od wyjścia z Warszawy. Przed wieczorem byliśmy już w Jeziorach.

Kiedy dotarliśmy do Jeziorów, doszła wiadomość że wojska radzieckie przekroczyły wschodnią granicę.

Była tam chyba leśniczówka i był to najcięższy dzień wędrówki. Na noc rozłożono nam snopek słomy na podłodze w jakiejś izbie i przykryto prześcieradłem. Nie spaliśmy - Witkacy nie wypuszczał mojej dłoni ze swej ręki, więc gładziłam ją, tuliłam i całowałam - widocznie było mu to miłe, bo nie bronił mi tego. Czasem tylko wymawiał moje imię bardzo cicho i dodawał "zaśnij". Tak upłynęła ostatnia nasza noc przed nieuniknionym losem.

W Jeziorach zatrzymaliśmy się u kowala. Były resztki pieniędzy. Dali nam posłanie na podłodze zasłanej słomą. Czułam że zbliża się wykonanie decyzji. Całą noc nie spał. Udawał że śpi. Trzymał mnie cały czas mocno za rękę. Ale ja też nie spałam, tylko udawałam i czułam każdy jego najmniejszy ruch. Kręcił się bez przerwy. Panowało wielkie napięcie bez wielkich słów. Kiedy wstaliśmy rano powiedział: dzisiaj się odłączymy. Zjedliśmy śniadanie które przygotowali gospodarze. Ludzie byli dobrzy, pomagali sobie nawzajem. Jadł mało. Był zmęczony, bardzo zarośnięty. Po śniadaniu wziął mnie za rękę żeby wyjść na spacer.

Ranek. To słowo zawiera w sobie taki ogrom bólu, bólu rozpaczy i miłości do leżącego obok mnie Człowieka, że teraz kiedy to piszę po 36 latach zamieram, brak mi tchu coś rozrywa mnie wewnątrz na kawałki i trzymam się maszyny do pisania żeby nie upaść. Boże, jeżeli naprawdę jesteś Miłością, zmiłuj się nade mną i pozwól mi dokończyć tę tragiczną prawdę o Nim, o którym każdy uważa, że ma prawo pisać swoimi niehumorami, złością i niedobrymi uczuciami, których nie chce nazywać a Który w swoim najgłębszym ŚRODKU, w którym TY mieszkasz w Człowieku - jest smutnym, ckliwym, biednym dzieckiem Twoim. I któremu zakłócają odpoczynek wieczny.

Rano zjedliśmy śniadanie i Witkacy dał znak, że idziemy na spacer. Był nieogolony więc zapytałam czy nie ogoli się dzisiaj? Jeśli sobie tego życzysz ogolę się, i tak się stało. W tym momencie zrozumiałam że "to" ma się stać właśnie dzisiaj.

Nie golisz się? - spytałam. Jak chcesz to się ogolę. Wyjął przybory i się ogolił, ale już ich nie sprzątnął. Zauważyłam że miał dwie żyletki. Wyszliśmy o ósmej. Usłyszałam. To my dzisiaj to zrobimy. Mówił zdecydowany. Jeszcze opierałam się, jeszcze go prosiłam. Ale nie miałam żadnego wpływu. Opadała mleczna mgła. Było bardzo wilgotno. Z góry widać było plamę słońca. Wziął swoją laskę cętkowaną którą kupiliśmy razem i nigdy później się z nią nie rozstawał. Gałkę kazał pokryć skórą. W drodze połknął ortydrynę. Poszliśmy na przełaj ku lasowi. Ale kiedyśmy weszli między drzewa, nie mogliśmy się ukryć. Rzadkie dęby rozstępowały się przed nami. Wszędzie były dalekie prześwity. W pewnym momencie spod nóg wyskoczyła śliczna, zielona żabka. Nazwał ją po łacinie. Czy ona już jest dorosła? Tak to taki gatunek. Jego mózg działał bezbłędnie. Pamięć nie zawodziła go w żadnym szczególe. Kluczyliśmy bez ścieżki około godziny aż Witkacy zdecydował: to będzie tu." Ja nie mogę, nie mogę czekać ostatniej chwili - muszę jeszcze teraz, póki jest Polska. I trzeba spokojnie, z honorem". Nie mam Cię komu zostawić, musisz iść ze mną.

Szliśmy w stronę lasu, gęsta mgła zasłaniała drogę i las wydawał się bliski - to znów oddalony. Szukaliśmy miejsca. Stopą spłoszyłam maleńką śliczną żabkę - zatrzymaliśmy się. Witkacy powiedział jak się nazywa - "ona o nas nic nie wie, a Ty znasz jej imię" powiedziałam. Świetnie znał przyrodę, nawet najmniejsze żyjątka w trawie, w lesie, wodzie - wszędzie. Był wielką otwartą księgą dla mnie ilekroć czegoś nie wiedziałam prawie w każdej dziedzinie. Długo jeszcze szliśmy wypatrując miejsca, szukaliśmy jakiejś intymności i dyskrecji lasu. Znaleźliśmy drzewo jakby z małym wzgórkiem pod głowę. Kiedy usiedliśmy, po raz ostatni próbowałam perswazji, przerwał: "jeżeli aż tak tego nie chcesz - odejdę sam, ale pamiętaj, że beze mnie zginiesz. Powinniśmy odejść razem. Łatwo przekonałam go że jest w błędzie, w który zresztą nie wierzył, szykował kubeczek z "napojem" dla mnie.

Usiedliśmy pod dębem który miał gałęzie jak parasol, dzięki czemu było tu stosunkowo sucho. Zaczął się żegnać z przyjaciółmi. Nie miał już ich wielu, pomimo ogromnej ilości znajomych. Wymienił na początku żonę i dalej Tadeusza Sturm de Sztrema, Tymbciów Strążyckich, Teodora Birulę-Białynickiego, Bolesława Linkego, mojego brata Cześka (studenta medycyny), do którego od początku znajomości miał sympatię, Staroniewicza. Następnie zaproponował mi symboliczny ślub. Zaimprowizował inwokację zaproponował wspólne odmówienie modlitwy. Jednakże Witkacy już po pierwszym zdaniu przerwał. Nie pamiętał. Pomogłam mu skończyć. Teraz Witkacy przypomniał swoje projekty rozwodu z żoną. Zakończył. Zawsze chciałem, żebyście pogodziły się z Niną na moim grobie. Jakby w gruncie rzeczy nie wierzył, że ja umrę, dodał: "Wszystko, co ci mogę ofiarować - to wspólny pseudonim Witkacowa i wspólny grób. Niech nas niebo pobłogosławi, bo nas nie mogło pobłogosławić życie".

Przypomniał mi żartobliwe: "Powiedziałaś kiedyś, że nie chcesz, abym się Tobą ożenił, że zrobiłabyś to chyba pod chloroformem. I widzisz - miało być pod chloroformem , a jest pod luminalem". Roześmiałam się. Wziął wtedy moją rękę, położył sobie na sercu i powiedział: Teraz daję nam ślub i zacytował fragment modlitwy Matki swojej, ułożony kiedyś dla małego Stasia, gdy był bardzo chory. Piękne, proste słowa inwokacji do Ojca Wszechrzeczy połączyły nas a na zakończenie odmówiliśmy modlitwę Ojcze Nasz, której obszerne fragmenty pamiętał i wówczas odmawialiśmy ją razem. Ogarnął nas cudowny spokój i cicha radość miłości. Wspominając Matkę i Ojca opowiadał tak sekretne sprawy, że nie śmiem ich dotykać słowami. Żegnaliśmy się z moją Matką, z jego żoną i najbliższymi przyjaciółmi. I jeszcze jedno przypomnienie-wymówka: "Pamiętasz, jak przy wyjazdach moich krótkich czy dłuższych powtarzałem ci -pamiętaj, że zawsze zabieram ciebie z sobą jak paszport - że nigdy nie jesteśmy rozdzieleni, że mamy jeden układ krążenia i kiedy robisz "szpryngle" czy odchodzisz ode mnie - tracę życie. Teraz też zabieram ciebie jak paszport w drogę do krańca naszego Losu.. Ostatnie twoje odejście w maju 1938 roku omal nie kosztowało mnie życie i nie wiem co zaważyło na twojej decyzji powrotu - czy moje rozpaczliwe listy do przyjaciół - Corneliusa, Malinowskiego, Szulca, Konińskiego i innych, czy telefon mojej żony do ciebie żebyś przerwała ten stan i nie niszczyła mnie dłużej i żebyśmy natychmiast wzięli ślub." Nigdy nie odpowiedziałaś mi na to pytanie. Może teraz odpowiesz? Były jeszcze intymne bardzo rozmowy i konieczne? chociaż mieliśmy się spotkać za chwilę w innym wymiarze.

Pożegnaliśmy się. "Do widzenia. Tam spotkamy się jako małżeństwo. Wyjął cały zapas luminalu, około 40 tabletek. W buteleczce miał wodę. Nalał do kubeczka i rozpuścił. Podał mi do ręki. Ja do tego dodałam tabletki cibalginy, którą miałam ze sobą. "To jest porcja dla Ciebie". Nie bałam się zupełnie. Wypiłam bez lęku. Jak gdybym nie wierzyła w najgorsze. Wyjął żyletki. Jedną podał mi żebym użyła, jak luminal nie zadziała. Pokazał mi miejsce na szyi które trzeba przeciąć. Drugą starał się przeciąć żyły na przegubie lewej ręki. Szło mu to opornie. Ostrze oparło się na ścięgnach. Gęsta krew ledwie kapała.

Przygarnął mnie do siebie i podał garnuszek, wypiłam, chyba było pół szklanki białego płynu. Nie bałam się, nie drżałam, po prosty wypiłam jak mleko z pragnienia. Dopiero wtedy odwinął rękaw koszuli na lewej ręce i nadciął żyłki na przegubie dłoni i pojawiły się małe czerwone krople krwi doznałam wstrząsu, myślałam że zemdleję. Opanowałam się jednak. Po chwili poprosił żeby mu pomóc. Znów nadciął żyły ale krew nie szła. Zbladłam podobno, więc przerwał to i powiedział, jak zaśniesz - przetnę arterię na szyi - palcem pokazał w którym miejscu i wówczas krew spłynie szybko. Dał mi żyletkę na wypadek żebym zrobiła to samo jeśli przebudzę się...

"Chyba nic z tego nie będzie" - uśmiechnął się do mnie. Chciałam mu pomóc -ale bez skutku. Ściągnął rękaw koszuli i marynarki i zaczął przecinać nad łokciem. Rezultat był taki sam. Trwało to trochę.. "Jak ty zaśniesz, to poderżnę sobie gardło. Wystarczy podciąć sobie jedną żyłę, jeżeli się wie jak to zrobić, wszystko idzie gładko, nie trzeba ciąć całego gardła. Pamiętasz krawca Błońskiego? Nie przypuszczał pewnie iż "mistrzunio" będzie ginąc w ubranku jego roboty. Zaczęła mnie ogarniać senność. Usłyszałam jeszcze jak Witkacy powiedział: " Nie zasypiaj przede mną, nie zostawiaj mnie samego. Szkoda że nie ma słońca. Żeby chociaż zaświeciło słońce". Bardzo chciał żeby tracić świadomość idealnie razem. Ale to było ponad moje siły.

Poczułam zawrót głowy i jakieś kołysanie i szum w uszach i nie mogłam siedzieć bez oparcia, jeszcze zawrót bardzo silny głowy, chciałam powiedzieć coś i usłyszałam jego głos - nie zasypiaj - nie zostawiaj mnie samego nie odchodź wymówił moje imię i znów nie zostawiaj mnie samego ale nic już nie pamiętałam więcej i nie słyszałam.

Kiedy obudziłam się, był poranek. Było chłodno bardzo wilgotnie. Po głową miałam podłożony sweter czy marynarkę Witkacego, grubo złożone. Nie wiedziałam, skąd się tu wzięłam. Dopiero gdy odwróciłam głowę na bok, zobaczyłam, że obok leży Witkacy. Leżał na wznak z podkuloną lewą nogą, ręce miał zgięte w łokciach i odchylone do góry, oczy otwarte i uchylone usta -w twarzy była ulga, odprężenie po wielkim zmęczeniu. Obok prawej dłoni leżał zegarek kieszonkowy, widocznie sprawdzał godzinę. Nie był nigdzie poplamiony krwią. Na szyi miał malutką plamkę. Małą różyczkę. To tędy uciekło życie. Przeciął sobie w końcu tętnicę szyjną. Kiedyś mi mówił, że to najskuteczniejszy rodzaj samobójstwa. Byliśmy oboje mokrzy od porannej mgły, z dębu spadały na nas żołędzie. Wodą z kubeczka po luminalu umyłam mu twarz i okryłam paprociami. Widziałam podwójnie - "było wtedy dwóch Stasiów". Nagle w szoku wydawało mi się , że ja muszę go pochować, że on nie może tak zostać tu, bezbronny. Mówiłam coś do niego, pytałam o coś, czołgałam się na czworakach, bezradnie siadałam na ziemi. Zaczęłam palcami rozgarniać mokre liście i ziemię, żeby wykopać grób. Nie dałam rady, poza tym że połamałam paznokcie poraniłam dłonie. Nagle zaszczekał pies. Potem znów straciłam przytomność.

Pamiętam jak Witkacego fascynowała sprawa Tadeusza Micińskiego, który nie miał grobu, zamordowany bodaj gdzieś na Ukrainie. Powtarzał dużo razy, że i on chciałby nie mieć grobu. Mówił, że to wspaniale, kiedy wszyscy pisarza znają i uważają, że jest wszędzie, podczas gdy nic materialnego po nim nie zostało."

Jesteśmy na miejscu pod Jego Dębem. Rozkładamy misy i gongi, Jadzia przygotowuje rytuał oczyszczenia. Wyznaczam wahadełkiem miejsce w którym siedział, ustalamy kompasem kierunki świata, tam znajdą się zdjęcia najbliższych przyjaciół i świadków Jego życia i śmierci, którzy "ożyją" za sprawą aktorów w naszym spektaklu. Na naszą prośbę ekipa filmowa, burmistrz Jezior, attache kulturalny naszego Konsulatu w Łucku pozostawiają nas samych na dwie godziny, z ostro atakującymi komarami. Składamy im naszą własną "daninę krwi". Od tej chwili powstaje unikalny zapis filmowy, który będzie dokumentem tego co się tu wydarzy. Rozpoczyna się koncert dla Witkacego na gongach i misach tybetańskich, przekazywanie intencji, palenie ziół. Kiedy wszystko dobiega końca, na drodze z głębi lasu pojawia się jak wysłannik -Niebieski Motyl. Przelatuje obok nas, okrąża Dąb Witkacego i odlatuje drogą w drugim kierunku. Ofiara została przyjęta.

Na cmentarzu, w symbolicznym miejscu spoczywa płyta z napisem że na tym cmentarzu spoczywają prochy Stanisława Ignacego Witkiewicza, i to jest zgodne z prawdą, gdzie spoczywają - do końca nie wiadomo, szkoda tylko że tablica błędnie podaje rok urodzenia Witkacego, wykonali, przywieźli i zamontowali ją tu Polacy, po ekshumacji szkieletu młodej Ukrainki, która przewieziona do Polski jako prochy Witkacego, spoczywa teraz na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem w grobie Jego Matki.

W miejscowej Szkole wydzielono pokój, w którym mieści się Izba-Muzeum Stanisława Ignacego. Eksponowane są w niej polskie zdjęcia i albumy z Jego twórczością, a kustoszka mówi prawdę o okolicznościach śmierci. To już przecież rok 2009, i Jeziory są dumne że w ich ziemi spoczywają prochy wybitnego Artysty- Polaka. Zostawiam tam filmowy zapis mojego prapremierowego spektaklu "Nienasycenie". Wieś jest biedna, ludzie żyją z tego co wyrośnie im na polach. Najwyższy czas aby Cmentarzem, Dębem i Izbą Pamięci zaopiekowała się Polska, i objęła te miejsca życzliwą pamięcią, otwartym sercem i Miłością, aby Witkacy już na zawsze mógł przebywać w Przestrzeni Serca.

 

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link