Witkacy: jest 20 do Xtej

Przeczytaj:

Może to wydać się głupim, że przygnieciony strasznym osobistym nieszczęściem i strasznymi wiadomościami o wojnie i swoją przymusową bezczynnością zajmuję się rzeczami małej wagi, przesądami. Jest jednak w moim życiu przeznaczenie związane w tak dziwaczny sposób z godziną dwadzieścia minut przed dziesiątą, że nie mogę się wstrzymać, ażeby nie opisać faktów z tą godziną związanych.

Pierwsze wrażenie związane z tą godziną.

Miałem koło dziesięciu lat. Kładłem się spać. Matka grała na fortepianie. Oddzielały mnie od Niej dwa pokoje ciemne. Paliła się świeca. Bałem się czegoś, sam nie wiem czego. Była wtedy ta godzina.

Kiedy zobaczyłem tę godzinę na zegarze idącym (choćby źle, na przykład o piątej lub dwunastej w nocy) zawsze w ciągu dni trzech- czterech spotkało mnie coś nieprzyjemnego.

Pierwszy raz zobaczyłem zegar na tej godzinie stojący na Litwie w Syłgudyszkach. Wyjeżdżając na spacer zapomniałem zegarka. Wieczorem, kiedy wróciłem do mego pokoju, zastałem zegarek mój stojący na tej godzinie. Nazajutrz byłem już chory na tyfus.

Drugi raz było to w Rzymie, miałem spotkać się we Florencji z panną T. Chciałem rozmówić się definitywnie z Nią co do mojego stosunku do Niej w przyszłości. Kochałem się w Niej już od siedemnastego roku życia. Zegarek stanął na tej godzinie. W Muzeum Borgello miałem rozmowę z panną T, w której się okazało, że z przyszłości naszej nic być nie może. We Florencji pierwszy raz miałem myśli samobójcze.

W roku 1909 nastawiłem w grudniu (lub końcu listopada) zegar u pp. Śmiałowskich zegar starożytny, który nigdy nie chodził, na tę godzinę chcąc przezwyciężyć ten przesąd. Przed marcem poznałem u panny M.B. śp. Jadwigę Janczewską, w marcu poznałem panią Irenę Solską. Kiedy stosunek się zawiązał z tą ostatnią, miałem w końcu czerwca jechać do Zakopanego. Ona już tam była. Mieszkałem w Krakowie na ulicy Grodzkiej. (Czas wydarzeń był następujący. Jeśli zegar szedł i widziałem tę godzinę, drobna przykrość miała się zdarzyć w przeciągu trzech dni od zobaczenia. Jeśli zegar stał, czas był trzy miesiące. Dlaczego taki właśnie termin i kiedy ten rytuał powstał, nie mogę sobie przypomnieć, jak i samego początku tego przesądu. Wychodząc z domu zobaczyłem sklep zegarmistrza. Ogromny zegar ścienny stał na tej godzinie. W przeciągu miesiąca miałem przeżycia w związku z panią Solską, które zasadniczo wpłynęły na całe moje późniejsze życie. Chciałem z Nią zerwać, ale nie miałem siły, i stosunek ten (wskutek którego miałem później opinię najfatalniejszą) wlókł się przez długi czas.

Kiedy miałem jechać do Londynu z Bretanii 1911 roku, mój zegarek stanął na dwadzieścia do dziesiątej. W Cambridge z autobusu widziałem na wystawie duży ścienny zegar stojący na tej godzinie. A u dentysty przeglądając gazetę, zobaczyłem ogłoszenie zegarmistrza z zegarem z tą godziną. W dwa miesiące zaczęło się zrywanie stosunku z panią Solską, które kosztowało mnie wiele siły, i cały ten okres życia był niezmiernie przykry.

W domu Śliwiaka mieszkaliśmy lat siedemnaście. Po siedemnastu latach przenieśliśmy się na Bystre do willi "Nosal". Wisiał tam obraz zegarem w środku. W dwa miesiące, kiedy już zupełnie byliśmy w tym domu zagospodarowani i kiedy śp. Jadwiga Janczewska już od dawna tam mieszkała, zobaczyłem, że zegar ów stał dwadzieścia minut przed dziesiątą. Było to rano. Opowiadałem Jej właśnie o tym przesądzie i mówiłem o tym zegarze. Podszedłem do zegara i zobaczyłem (prawie z przerażeniem), że wskazówka godzinowa była lekko zagięta i zegar ten faktycznie stał na dwadzieścia przed dziesiątą. Jakby się zaczaił i wskazywał inną godzinę przez dwa miesiące, abyśmy tego domu nie opuścili . Wtedy to pomyślałem sobie, że w tym domu musi mnie spotkać jakieś straszne nieszczęście. Bo fakt ten, żeby po siedemnastu latach mieszkania u Śliwiaka przenieść się do domu innego i tam zastać zegar stojący na tej godzinie, jest chyba dość dziwny.

17 stycznia w piątek (piątek jest mój zły dzień) oświadczyłem się śp. Jadwidze Janczewskiej. Nie chciałem, aby w czerwcu wyjeżdżała do Leszcz. Kula zegarowa, którą Matka dostała od panny T. stanęła na dwadzieścia do dziesiątej w kwietniu.

Z wyjazdem tym skończyły się najlepsze dni mego życia. Stosunek ten psuł się coraz bardziej (wszystko była moja straszna wina. Niedocenianie i siebie, i Jej, za co mnie tak straszliwa kara spotkała).

W styczniu czy lutym 1914 roku nastawiłem dla żartu zegar w sanatorium na tę godzinę. Było to w czasie koncertu Rubinsteina. Dnia 21 lutego stała się ta rzecz okropna. 24 II zacząłem trzydziesty rok mojego marnowanego beznadziejnie życia. W piątek dwudziestego było między nami nieporozumienie, które było powodem tej strasznej katastrofy. Kiedy otrzymałem list od Bronia Malinowskiego decydujący o naszej podróży, było to rano u Tadeusza Langiera. Budzik jego stał na tej godzinie. Idąc potem przez Regent Street zobaczyłem mały zegarek stojący na tej godzinie. Mimo tych wszystkich ostrzeżeń wyjechałem w podróż. Była to siedemnasta podróż "Orsovy". Na Ceylonie w Domhilli i w Naalande chciałem się zabić. Siedziałem z browningiem przy skroni. Nie mogłem tego zrobić, bo wstrzymała mnie w ostatniej chwili myśl o Rodzicach. Kiedy w Colombo wchodziliśmy na "Orontes", na zegarze w sali jadalnej było dwadzieścia minut do dziesiątej. Tego wieczoru pojechaliśmy do Albany i tam dowiedziałem się o wybuchu wojny. Między wizytą nieudaną u konsula rosyjskiego a wizytą u konsula austriackiego ( u którego dowiedziałem się, że nie ma żadnej nadziei powrotu) widziałem na King William Street zegarek stojący na dwadzieścia przed dziesiątą. Rozpacz o Rodziców i rozpacz z powodu niemożności walki, w której jeszcze godnie życie zakończyć mogłem. Co za straszna rzecz zrobiła się nagle z mego życia. Co będzie?

Tego dnia, kiedy wyjeżdżała Helena Czerwijowska, kiedy ja zostawałem sam z śp. Jadwigą Janczewską, widziałem po raz pierwszy panią Solską od czasu zerwania na Antałówce. Był to dzień, w którym jak gdyby zawarte było wszystko to, co być miało. Bo to, że zachowałem stosunki towarzyskie z panią Solską i obecność Heleny Czerwijowskiej w Zakopanem, były to jednak wszystko powody, że ten jedyny wszystko to tak strasznie się skończyło. Ona traciła we mnie coraz bardziej wiarę.

Wracając z Antałówki znalazłem na drodze w błocie kartę. Była to dziewiątka coeur, która w mojej kabale wyraża uczucia erotyczne. W kabałę nie wierzę, nie wierzę w nic podobnego, nawet w ten przesąd tej godziny. A jednak fakty, które tu podaję, są dość dziwne.

To jest ten trzydziesty rok życia, o którym mówiłem, że go niewyraźnie przed sobą widzę. Tylko 29 miała sens jako liczba lat mego życia. Dalej obłęd albo śmierć. Tak męczyć się niepodobna. Jedyna rzecz, i ta mnie omija.

Przebaczcie, cokolwiek ze mną będzie.

Najdrożsi Rodzice, przebaczcie mi, jeśli nie wytrzymam tego wszystkiego. Staś

W roku 1913 miałem sen , że chciałem w moim pokoju w "Nosalu" popełnić samobójstwo. Szafa tak stała jak teraz na wiosnę 1914 roku, kiedy z Matką w tym pokoju mieszkałem. Helena Czerwijowska siedziała przy oknie. Strzeliłem z mego browninga (tego, którym Ona biedaczka się zabiła) w skroń. Browning nie wypalił i obudziłem się.

W styczniu czy na początku lutego 1914 miałem sen, że się trułem. Wypiłem truciznę i szedłem ścieżką krętą wśród pól. Potem padłem i nie mogłem umrzeć. Teraz, kiedy jechałem do Albany, miałem sen, że byłem z Matką w pokoju (jakby ogromne coupe w pociągu) i Matka powiedziała: "Widziałam pannę Jadwigę". Ja spytałem, gdzie. Matka pokazała mi róg pokoju, gdzie stała kanapa. (Tam Ona siedziała) Z początku nie widziałem nic, a potem zaczęła się zarysowywać powoli najpierw twarz przezroczysta. Był to duch Jej. Potem coraz wyraźniej, ale cała była przezroczysta. Siedziała bokiem do mnie, ubrana w karakułowe futerko w którym zawsze werendowała) i patrzyła w bok ze strasznym smutkiem. Taki wyraz miewała, kiedy mówiła, że jest w stanie samobójczym.

Jakież straszne to wszystko.

Straszne i bezsensowne jak jakiś sen bez końca.

Jadąc do Albany miałem drugi sen, że się trułem cyjankiem. Wypiłem truciznę i nie mogłem umrzeć, i męczyłem się strasznie. Cały czas od jakichś lat dziesięciu mam przeczucie, że zginę oskarżony o rzeczy, których nie popełniłem.

Wiersz o mojej śmierci pisany w październiku. W dzienniku, który spaliłem, napisałem w październiku : "Umrę w strasznych męczarniach".

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link