Nienasycenie Witkacym - Janusz Degler

- Fenomen Witkacego polega na tym, że jego dzieło jest wyjątkowo otwarte na nowe sposoby interpretacji i permanentnie odmienia swoje sensy. Przypomina kameleona, który zależnie od otoczenia zmienia barwy. Przed pół wiekiem czytaliśmy go poprzez Ionesco, Becketta, Mrożka. Jako prekursor teatru absurdu zrobił karierę światową. Od tego czasu kilkakrotnie zmieniała się perspektywa oglądu jego twórczości w zależności od aktualnych tendencji w literaturze, sztuce, kulturze, a także przemian społeczno-politycznych - o książce Janusza Deglera "Witkacego portret wielokrotny " rozmawia z autorem Hanna Baltyn.

"Hanna Baltyn: Panie Profesorze, nie zacznę stereotypowo, od książki, która niebawem wyjdzie pt. "Witkacego portret wielokrotny ", tylko na niej skończę. Zacznę od czegoś innego. Znamy się chyba od 1977 roku, od sesji witkacowskiej w Jeleniej Górze, na której byli wszyscy święci: Anna Micińska, Jan Błoński, Lech Sokół, Pan...

Janusz Degler: ...i Daniel Gerould z Nowego Jorku, Alain van Crugten z Brukseli, Giovanni Tomassucci z Florencji i wielu innych badaczy i tłumaczy Witkacego.

Mało się wówczas przykładałam, bo zawieziono nas tam z Warszawy całym rokiem, a byli to ludzie towarzyscy, a poza tym dyrektor Alina Obidniak urządzała nam tak atrakcyjne imprezy jak pieczenie prosiaka na Zakręcie Śmierci w Szklarskiej Porębie. Ale za to Witkacego czytałam z pasją i ciekawością we własnym zakresie, począwszy od słynnych dwóch tomów dramatów w edycji Konstantego Puzyny, no i dalsze tomy w miarę ich ukazywania się. A potem mi się trochę znudził, a nierzadko wydawał okrutnie grafomański. Teraz bardziej fascynuje mnie biografia. Pan Profesor zajmuje się Witkacym od pół wieku. Jak zmieniał się przez lata Pański do niego stosunek? Albo inaczej: czy jest coś, co dziś Pana w Witkacym intryguje lub irytuje?

- Odczuwam raczej pewne znużenie. Wydaje mi się, że wiem o nim wszystko, co nie znaczy, że do końca go rozumiem. Nadal mnie nieraz zaskakuje i zdumiewa. Dziś jednak powtarzam sobie hasło markiza de Sade: "Francuzi, jeszcze jeden wysiłek...". Jeszcze, witkacologu, ostatni wysiłek... Muszę wydać następne tomy korespondencji Witkacego z żoną Jadwigą z lat 1932-39 i chciałbym doprowadzić do końca edycję "Dzieł zebranych". Inaczej mówiąc, wielkość Witkacego mierzę pracą. Od początku mieliśmy świadomość, że właśnie praca od podstaw będzie naszym przeznaczeniem. Mówię o drugiej generacji witkacologów, tej, która przyszła po Błońskim, Puzynie, Jakimowiczowej, czyli o pokoleniu Micińskiej, Sokoła, Michalskiego. Przyjęliśmy jako wyzwanie stwierdzenie Keta Puzyny, że aby móc dobrze Witkacego interpretować, trzeba go najprzód porządnie wydać. Bagatela! Na nas to spadło. Samorzutnie podzieliliśmy się zadaniami. Micińska przez kilka lat trudziła się nad rękopisem "622 upadków Bunga", potem wydała "Narkotyki - Niemyte dusze", a w ramach "Dzieł zebranych" - powieści "Pożegnanie jesieni" oraz "Jedyne wyjście". Bohdan Michalski opracował pisma filozoficzne i zrekonstruował z rękopisów "Zagadnienie psychofizyczne - ostatnie dzieło Witkacego". Ja przygotowałem wydanie jego rozproszonych pism krytycznych i teatralnych oraz wspólnie z Sokołem krytyczną edycję "Nienasycenia" i "Nowych form w malarstwie". Puzyna byłby chyba z nas zadowolony. Zarysował się kształt ogólny wielokierunkowej twórczości Witkacego. I gdy UNESCO dla uczczenia stulecia urodzin Witkacego ogłosiło rok 1985 "Rokiem S. I. Witkiewicza", złożyliśmy w PIW-ie konspekt krytycznego wydania jego wszystkich tekstów. Oznaczało to jednak, że cenzura nie miałaby prawa w nie ingerować. Dyrekcja się przestraszyła i skończyło się na pięciotomowej reedycji opracowanych tekstów, bez tomu Bez kompromisu, który w ostatnim momencie wycofano z drukarni.

Ale wy nie dawaliście za wygraną.

- W 1989 roku zapadła decyzja o rozpoczęciu prac nad wielotomową edycją "Dzieł zebranych". Puzyna, który zaproponował kolejność tomów, był szczęśliwy. Niestety, zmarł parę miesięcy po naszym pierwszym spotkaniu w tej sprawie. Dotąd wyszło szesnaście tomów. Wymagało to kolosalnej pracy, której podjąć się można tylko z miłości i pasji. Zakres trudności zwielokrotnił się, gdy przyszła kolej na listy. Przypisy, które zajmują ponad połowę każdego z dwóch pierwszych tomów korespondencji z żoną, to rezultat wielu lat drobiazgowego gromadzenia danych, uporczywych i niemal detektywistycznych kwerend. Nie wolno zlekceważyć żadnego źródła informacji, więc od lat czytam w nadrealistycznej kolejności najdziwniejsze rzeczy - od aktów prawnych regulujących sprawę pojedynków do trzeciorzędnych powieści odcinkowych. Trzeba było przekopać się przez prasę międzywojenną, bo tam kryje się jedno z najlepszych źródeł, czyli nekrologi. Często tylko z nich można dowiedzieć się czegoś o zupełnie nieznanych osobach, które w ogromnej ilości, przeważnie jako klienci Firmy Portretowej, pojawiają się w listach. Witkacy kierował się zasadą, że wylicza się przed Jadwigą z każdego zarobionego grosza. Więc pisze, powiedzmy: "Wykonałem portret pani Pipcińskiej za 50 złotych, a potem drugi za 100 złotych, bo się obnażyła do pępka, więc zażądałem dopłaty". No i szukaj wiatru w polu, kim była ta dama.

Bo witkacolog podejrzewa z miejsca, że mogli mieć romans? Co zresztą, znając temperament Witkacego, jest jak najbardziej uzasadnione.

- Sumienie edytora, zwłaszcza przygotowującego wydanie krytyczne, nakazuje, żeby to sprawdzić. Wyjaśnienie setek podobnych spraw byłoby niemożliwe bez pomocy wielu osób z całej Polski, które potrafią na przykład przez kilka dni wertować w zakopiańskiej parafii księgi urodzin i zgonów w poszukiwaniu tych podstawowych danych albo jeżdżą od miejscowości do miejscowości, by dotrzeć do krewnych osób wymienionych w listach. W ten sposób skupił się wokół tej pracy - i to moja wielka satysfakcja - zespół ludzi najróżniejszych specjalności, którzy uważają, że trzeba mi pomóc. I to absolutnie bezinteresownie. Nieraz tylko mają satysfakcję, gdy odnajdą kogoś, kto posiada nieznane portrety Witkacego. Wiele lat nad korespondencją z żoną pracowała Anna Micińska, ręcznie przepisała ponad 1250 listów, tuż przed śmiercią sprawdziła odpisy z oryginałami. Miała kontakt z wieloma świadkami tamtych czasów, ale tylko w kilku przypadkach zanotowała to, co jej opowiadali. Nie musiała zresztą tego robić, bo wszystko dobrze pamiętała. Niestety, tę bogatą wiedzę zabrała ze sobą. Posuwam się tymi tropami, ale większość spośród owych świadków już nie żyje, a tropy okazują się często mylne.

Mój mąż miał przyjemność znać panią Drucką O'Brien de Lacy, która w latach 60. opowiadała mu o wizycie Witkacego w Augustówku w 1939 roku Jest zresztą w Pańskiej książce niesłusznie podany fakt, że nie doszło tam do zerwania stosunków, bo doszło. Bo czy można sobie wyobrazić ziemiański dom prowadzony przez rosyjską księżniczkę potraktowany jak pensjonat, łącznie z rachunkiem za stłuczoną żarówkę? Pani Nadzieja uważała, że nie.

Drucka pisze we wspomnieniach, że rozstała się z Witkacym w pełnej harmonii, przyjmując z wyrozumiałością jego żądanie wystawienia rachunku za pobyt. W sprawach finansowych był on wyjątkowo przewrażliwiony i za punkt honoru uważał skrupulatne zwracanie wszelkich długów. Spłacał je często portretami.

Chcę zapytać, czy można fascynację badawczo-edytorską przekazać uczniom ? Czy ma Pan poczucie, że wychował sobie następców zdolnych do równie ciężkiej pracy?

- To sprawa złożona. Takich następców się nie dochowałem. Kilka osób pisało u mnie doktoraty o Witkacym, ale nie mogę powiedzieć, że byłem dla nich klasycznym mistrzem. Obrali własną drogę - może i lepiej. Szybko przekonali się, jaki Witkacy jest trudny. Wymaga, aby niemal całkowicie mu się poświęcić. Jest jak mątwa. Nic sposób się uwolnić, wiąże na długo. Jednym słowem - wielu odstrasza mój przykład. Ale na szczęście Witkacy nadal fascynuje młodych badaczy. Teraz przygotowuję sesję z okazji siedemdziesiątej rocznicy śmierci Witkacego, która odbędzie się we wrześniu w słupskim Muzeum. Mam już trzydzieści zgłoszeń z całej Polski, z czego dwudziestu referentów to ludzie młodzi, tuż po albo przed doktoratem. Będzie to zatem sesja szczególna, bo dokona się na niej pokoleniowa zmiana warty. Bardzo się cieszę. Nie musimy się obawiać o przyszłość witkacologii. Miał rację Puzyna, gdy przewidywał, że Witkacy "wyżywi niejedno pokolenie".

Ci młodzi pewnie mają też inny aparat pojęciowy? A co ich najbardziej ciekawi w Witkacym?

- Pani pytanie odsyła nas do fascynującej sprawy, jaką jest ciągła i żywa obecność Witkacego w naszej kulturze. Napisano o nim dziesiątki książek i wciąż powstają kolejne. Nad bibliografią artykułów i rozpraw nie sposób już zapanować. Problematyka, jaką ewokuje jego twórczość, jest niebywale szeroka i wciąż rodzą się nowe zagadnienia. Jakie są tego powody? Fenomen Witkacego polega na tym, że jego dzieło jest wyjątkowo otwarte na nowe sposoby interpretacji i permanentnie odmienia swoje sensy. Przypomina kameleona, który zależnie od otoczenia zmienia barwy. Przed pół wiekiem czytaliśmy go poprzez Ionesco, Becketta, Mrożka. Jako prekursor teatru absurdu zrobił karierę światową. Od tego czasu kilkakrotnie zmieniała się perspektywa oglądu jego twórczości w zależności od aktualnych tendencji w literaturze, sztuce, kulturze, a także przemian społeczno-politycznych. Na fali powrotu do dadaizmu i surrealizmu karierę zrobiła jego Firma Portretowa i porównywano go z Duchampem. Potem niektóre sztuki, jak Matka, doskonale wpisały się w krąg zjawisk, jakie zrodziła rewolta młodzieżowa i kontrkultura. Błoński opublikował wtedy świetny szkic "Witkacy a świat zachodni". W latach osiemdziesiątych Daniel Gerould uznał go za pierwszego postmodernistę. Znakomicie do jego twórczości pasuje klucz dekonstrukcjonizmu, czego dowodem kilka wydanych prac. Z kolei badacze zajmujący się problemami intertekstualności nie znajdą lepszego i bardziej świadomego swoich celów artysty niż Witkacy. Dramaty budował przecież z odzysku, z materiałów już wykorzystanych, które przerabiał w swoim laboratorium Czystej Formy. Na pewno niebawem doczekamy się rozpraw o Witkacym jako pierwszym performerze. To właśnie sprawia, że jest ustawicznie jednym z najwyższych wyzwań w naszej kulturze.

Kolejne pokolenia muszą za nim nadążyć?

- Ba, nadążyć! Parę lat temu porównałem Witkacego do wielogłowej hydry, opisując, jak Błoński walczył z nią przez całe życie, zmierzając do tego, co jest spełnieniem najwyższych ambicji i ukoronowaniem trudu badawczego, czyli do monografii. Jedność w wielości, jak rzekłby Witkacy. Mimo upływu lat monografia nie powstała. Nie udało się Błońskiemu wydać nawet pierwszej, bardzo oryginalnej książki o Witkacym, bo Kazimierz Wyka stwierdził, że nadaje się na habilitację, i polecił mu napisać drugą rozprawę. Była nią rewelacyjna książka o Sępie-Szarzyńskim. A potem Błoński uznał, że musi zmierzyć się tym zadaniem, jakim jest właśnie monografia. Bez trudu uporał się z dramaturgią, powieściami, estetyką, młodzieńczą biografią. Gorzej poszło z filozofią, którą niestety zlekceważył. Nie tknął malarstwa, a to przecież ogromna część twórczości. W latach siedemdziesiątych niespodziewanie wyrosła nowa głowa hydry, czyli fotografia, i od razu nie było wątpliwości, że to też nie byle jaka gałąź działalności Witkacego.

Zawsze uwielbiałam jego fotografie. Czy to fascynujące portrety kobiet, głównie żony, "typu klasycznie witkacowskiego", czyjego własne serie min... Ale najbardziej lubiłam "Autoportret wielokrotny " i wiele lat miałam go na ścianie w formie plakatu.

- Nie dziwię się, bo Autoportret wielokrotny to fotografia niezwykła. Odwołuję się do niej w swojej książce jako symbolicznego obrazu skomplikowanej osobowości Witkacego.

Witkacy musiał być więc w znacznej mierze stworzony przez witkacologów.

- Odtworzony, odtworzony!

No i znowu tej hydrze wyrosła głowa, z którą Pan się musiał zmierzyć.

- Cóż, można tak powiedzieć, a uświadomiłem to sobie, rozpoczynając pracę nad edycją korespondencji, bo na mnie spadł ten obowiązek po śmierci Micińskiej. Po wydaniu pierwszego tomu "Listów do żony" pojawiły się opinie, że być może ta korespondencja okaże się najważniejszym dziełem Witkacego. Sam Pan takie zdanie wygłosił. Ale Witkacy przecież nie pisał ich z myślą o publikacji, prawda?

- Cały czas był przekonany, że Jadwiga niszczy jego listy. Pewność, że to czyni, pozwalała mu na całkowitą szczerość. Nie ma w naszej literaturze podobnej epistolografii. Jest to jakby dokładny dziennik, prowadzony niemal dzień po dniu przez szesnaście lat. Sięgać do niego będziemy, aby ustalić jakiś fakt z życia i twórczości Witkacego. O wyjątkowości korespondencji decyduje jednak coś znacznie ważniejszego. To niezwykły dokument psychologiczny, wieloplanowy eksperyment z zakresu dostępnej człowiekowi samowiedzy.

Szczerość posunięta jest tam do granic ekshibicjonizmu.

- Witkacy niekiedy je przekracza, bo nie ma przed żoną żadnych tajemnic. Pisze otwarcie o najintymniejszych sprawach. Szczególnie jest to widoczne w listach, które znajdą się w trzecim tomie; gdy zawarł z Jadwigą układ przyjacielski, kwestie erotyczne przestały mieć znaczenie, oboje przyjęli zasadę tolerancji i wzajemnego przyzwolenia na związki z innymi osobami.

I serdecznej przyjaźni, skoro Witkacy posuwa się do tego, że prosi żonę, aby mediowała między nim a kochanką.

- To w 1938 roku, kiedy zerwała z nim Czesława Oknińska. Małżonkowie nadal są sobie nawzajem bardzo potrzebni i to warunkuje psychologiczną autentyczność ich uczuć. Witkacy niczego przed żoną nie udaje i nie gra, zrzuca wszystkie maski. Otwarcie pisze także o swoich romansach i problemach w pożyciu z Czesią.

A może to, że mąż dał jej święty spokój, było dla Jadwigi wyzwoleniem?

- Niełatwo jej przyszło się z tym pogodzić. W końcu zrozumiała, że dzieli ich poważna różnica temperamentów. W szkicu o ich małżeństwie przytaczam fragment wspomnień Jadwigi, zawierający expressis verbis wyznanie, że jest kobietą oziębłą. Fragment usunięty w swoim czasie przez Dunię Micińską, kierującą się zasadą dyskrecji, z czego czyniono jej później zarzut cenzurowania wspomnień Jadwigi. Teraz, po tylu latach, możemy ten fragment ujawnić, podziwiając żonę Witkacego, że odważyła się na to intymne wyznanie.

Weźmy jednak pod uwagę sprawy obyczajowe. Bądź co bądź rzecz dzieje się przed wojną, przyzwoita kobieta, zwłaszcza z takiego arystokratycznego rodu jak Unrużanka, do pewnych rzeczy nie przyznaje się nawet przed sobą, po drugie - nie usuwa ciąży, po trzecie-żyje z mężem choćby z zaciśniętymi zębami, i tak dalej...

- Tutaj jednak była szczególna sytuacja. Coś na miarę, jak to się mówi, wielkiej literatury, a z pewnością wyjątkowych charakterów i osobowości. Jadwiga jeszcze do 1929 roku walczyła o męża, starała się zapewnić ich małżeństwu trwałość, mimo świadomości, że Staś musi mieć inne kobiety. Ale w owym roku do jego życia - do ich wspólnego życia - wkracza Czesia. I jeśli Jadwiga skłonna była pogodzić się z tym, że Witkacy ma wiele kochanek, trudno jej było zaakceptować trwały związek z drugą kobietę, którą on traktował bardzo poważnie. Z kolei Czesia musiała z wielkim rozczarowaniem i bólem przyjąć za pewnik, że Staś się dla niej nie rozwiedzie. Pretendowała jednak do roli żony i ostro reagowała na jego zdrady. Były one powodem kolejnych kryzysów w ich związku. Najpoważniejszy wydarzył się w 1938 roku, kiedy dowiedziała się, że Staś nawiązał romans z siedemnastoletnią narzeczoną fryzjera z Krupówek. Witkacy niebacznie sprowadził ją do Warszawy, poznał z wieloma przyjaciółmi, zamierzał protegować do filmu. Nic dziwnego, że tym razem Czesia postanowiła zerwać z nim definitywnie. Odesłała mu wszystkie jego książki z dedykacjami, podarki (80 kilo!) i portrety. Witkacy niezwykle mocno to rozstanie przeżył i popadł w depresję, z której już się całkowicie nie wyzwolił, mimo iż Czesia po pięciu miesiącach zdecydowała się do niego wrócić.

Podobno ładna była ta siedemnastolatka... Są zdjęcia?

- Niezwykle piękna! Zachowały się zdjęcia i portrety oraz kilkanaście listów Witkacego do niej. Stefan Okołowicz wszystko to odnalazł i opublikował. Nigdy nie wyszła za mąż! Fryzjer chciał Witkacego wyzwać na pojedynek, ale kodeks honorowy Boziewicza zabraniał oficerom pojedynkowania się z szeregowymi żołnierzami. Witkicwicz miał stopień porucznika. Alfred Łaszowski, który odwiedził go w najgorętszym okresie tego romansu, wspomina, że Witkacy chodził do zakładu owego fryzjera i kazał mu się golić.

Nie, to już perwersja!

- Prawdopodobnie chodziło mu to, aby doznać dreszczu metafizycznego, o którego przeżyciu marzą bohaterowie jego utworów. Po wielu próbach dochodzą jednak do wniosku, że jest to możliwe w jakiejś sytuacji granicznej, na przykład zagrożenia życia. Idąc do fryzjera, Witkacy nie był pewny, czy ten z żądzy zemsty nic przyciśnie mocniej brzytwy do jego gardła. Mogła to być ta chwila przeżycia metafizycznego, jakiego dawniej ludzie doznawali w obliczu Tajemnicy Istnienia.

A wydawać by się mogło, że był w tych latach dość kruchej kondycji psychicznej. Zdaje się o tym świadczyć niemal synowskie przywiązanie, okazywane niemieckiemu filozofowi Hansowi Corneliusowi, który był nieraz takim wylewem uczuć aż zażenowany. Witkacy był przecież bliski pięćdziesiątki! Przyjaźń przyjaźnią, lecz z pewnością miałby tu coś do powiedzenia psycholog. A przede wszystkim podówczas dawał mu się we znaki niewątpliwie szczery, ujawniany wszędzie i na różne sposoby ból istnienia, którego źródłem musiały być jak najgorsze przeczucia co do przyszłości. I to kilka lat tak trwało.

- Tak, aż do roku 1939. Witkacy istotnie miał stany depresyjne, będące zapewne konsekwencją ciężkiej kontuzji, jakiej doznał podczas wielkiej bitwy nad Stochodem w 1916 roku. Przeleżał na polu bitwy kilkanaście godzin. Musiał być pewien, że to już koniec. Prawdopodobnie była to owa sytuacja krańcowa, podczas której przeżył - jak pisał Roman Ingarden - "pełne przerażenia olśnienie dziwnością i obcością bytu, które mu już potem nigdy spokoju odzyskać nie pozwoliło". Świadectwa lekarskie, które się zachowały, potwierdzają, że miał silne migreny i stany depresyjne. Z tego powodu nie wrócił już na front. Bez wątpienia doświadczenia rosyjskie stały się głównym źródłem jego katastrofizmu. Trzeba też pamiętać, że przyczyną stanów depresyjnych było stale mu towarzyszące poczucie winy za samobójstwo narzeczonej, choć ona w liście pożegnalnym nikogo nie czyniła za nie odpowiedzialnym. Natomiast, wracając do owego związku z trzema kobietami, można wyjaśnić, dlaczego wiązał się z kobietami o wiel młodszymi, odwołując się do Pigmaliona. On te kobiety stwarzał, edukując je w różnych sprawach (np. żonę uczył astronomii) i niejako "rzeźbiąc" wedle własnych wyobrażeń. W 1938 roku pisze do żony: "Jesteś moim tworem - nie istniałaś (...), dopóki nie spotkałaś mnie, mnie, mnie, mnie. Hura!". Małżeństwo, podobnie jak związki z innymi kobietami, były dlań swoistą sztuką życia. Oddawał się jej z wielką pasją.

A sam z uporem studiował filozofię, czytając dzieła we wszystkich językach europejskich. Czy potwierdza Pan, że prócz twórczości portretowej, wynikającej z prozaicznych przyczyn ekonomicznych, przez ostatnie lata życia interesował się wyłącznie filozofią?

- Był szczęśliwy po wydaniu w 1935 roku głównego traktatu filozoficznego, w którym wyłożył swój system. A potem w licznych rozprawach polemizował z ówczesnymi największymi filozofami: Wittgensteinem, Carnapem, Whiteheadem, Kotarbińskim. Z Corneliusem wymieniał długie listy filozoficzne pisane po niemiecku.

- No i mimo chronicznego braku forsy zaprosił go do Zakopanego. Obwiózł po Polsce, organizując mu odczyty. Bardzo mnie ubawiło, gdy błaga żonę o przyjęcie ich w Warszawie, deklarując, że może spać u niej na podłodze, a "nawet w twoim łóżku". Ale to było wyjątkowe. Często jako "demon zakopiański" uprawiał znane z legendy próby teatralizacji życia przez towarzyskie prowokacje. Organizował wokół siebie teatr i świetnie się w nim czuł jako aktor i reżyser. Znany był z przemyślnych prowokacji, które miały sprawdzić czyjąś przyjaźń lub szczerość zachowań. Kiedyś został zaproszony na kolację do zamożnego domu w Warszawie. Gospodarze chcieli się pochwalić znajomością ze znanym artystą. Przyjął zaproszenie pod warunkiem, że będzie mógł przyjść ze swymi przyjaciółmi. I kogóż to przyprowadził? Oprócz kilku swoich znajomych zabrał z ulicy przypadkowych przechodniów i żebraków!

Bardzo w jego guście.

- Można sobie wyobrazić konsternację gospodarzy, kiedy to całe bractwo rozeszło się po apartamentach i w mgnieniu oka pochłonęło przygotowane posiłki i wypiło wytworne trunki. A Witkacy uwijał się między nimi, rozkoszując się stworzoną przez siebie sytuacją. Dla niego była to próba oceny ludzi: po co go zapraszają? Dla niego samego, czy tylko ze snobizmu?

Nieco podobną rolę odgrywał strój. Najbardziej szokujące były, noszone do pumpów, pomarańczowe skarpety, które matka zrobiła na drutach. A na kongresie filozoficznym wprawił w zdumienie czcigodnych uczonych, gdy pojawił się, aby wygłosić swój referat, w kostiumie barwnym jak papuga i, jak pisał, w "krawacie z parasolki starej Wertheimowej". Na jakość prezentowanych tez filozoficznych nie powinno to przecież mieć żadnego wpływu, nieprawdaż?

A czy przypadkiem za swoistą dziedzinę działalności Witkacego, jeszcze nierozpoznaną jako dyscyplina artystyczna, nie należałoby uznać jego pośmiertnych figli? Krążą na ten temat legendy.

W pełni uzasadnione. Przypomnę tylko "kawał", jaki mi wyciął. W 1973 roku kończyłem pracę nad wielkim tomem jego tekstów teoretycznych i publicystycznych, rozproszonych w niezliczonych czasopismach. Zebranie ich zajęło mi kilka miesięcy. Nie było komputerów, skanerów, a nawet kserografów, no i mikrofilmów nie robiono. Trzeba było jeździć od jednej biblioteki do drugiej i ręcznie przepisywać wszystkie teksty. Kiedy opowiadam to studentom, nie chcą wierzyć. Przygotowałem wtedy w Ossolineum pierwszą wystawę poświęconą Witkacemu, na której pokazaliśmy wszystkie rękopisy, jakie są w bibliotece ossolińskiej. Bo biedna wdowa nie miała za co żyć i w latach pięćdziesiątych oferowała je bibliotekom. Narodowa kupiła dwa, w Jagiellonce dyrektorem był Przyboś, który spuścił ją ze schodów, bo nie lubił Witkacego, a w Ossolineum Pajączkowski się nie bał i systematycznie rękopisy kupował. Dzięki temu są tu "622 upadki Bunga", Jedyne wyjście i wiele dramatów.

Kiedy Pan do nich dotarł?

- Mogłem poznać je na studiach, jeszcze przed Puzyną! Witkacym zainteresowałem się po przeczytaniu w 1957 roku "Nienasycenia". Wychowany na porządnej literaturze realistycznej przeżyłem szok. Jakbym dostał obuchem w głowę! Zwierzyłem się z tego wykładowcy literatury współczesnej Stanisławowi Pietraszce, a on powiada: "W Ossolineum są rękopisy Witkacego. Chce je pan poznać?". I wypisał mi zaświadczenie, dzięki któremu mogłem je po kolei przeczytać. Pięknie oprawione, były ozdobą owej wystawy, na której znalazły się też programy, afisze teatralne i kilka wydań zagranicznych. Po otwarciu wystawy nie wróciłem do domu, tylko z teczką pełną materiałów do tomu Bez kompromisu zasiadłem w czytelni, aby popracować nad przypisami, i stamtąd udałem się do Teatru Kameralnego na premierę sztuki Peipera "Szósta! Szósta!", która inaugurowała Festiwal Sztuk Współczesnych. Teczkę i płaszcz zostawiłem w szatni. Po spektaklu oddaję szatniarce numerek, ona wręcza mi płaszcz, dopominam się o teczkę, a szatniarka oświadcza, że teczki nie ma, bo zabrał ją mężczyzna, który jako pierwszy wyszedł z widowni, gdy rozległy się końcowe oklaski. Podszedł do lady, odebrał płaszcz i oświadczył: "Tam stoi moja teczka!". I ona mu ją wydała! Nogi się pode mną ugięły. Uznałem, że złodziej, gdy stwierdzi, że w teczce są same papiery, na pewno wyrzuci ją do najbliższego śmietnika. Z Marią Dębicz i Tadeuszem Burzyńskim obeszliśmy wszystkie okoliczne śmietniki, ale nic z tego. Znajomi z radia nadali komunikat, że "doktor Degler, idąc na przedstawienie, zgubił teczkę, znalazca otrzyma wysoką nagrodę". Oczywiście nikt się nie zgłosił. Teatr o kradzieży zawiadomił milicję, na komisariacie spotkaliśmy się z szatniarką, która musiała przejrzeć kilka albumów z podobiznami wrocławskich złodziei.

Aż tyle?

- Wrocław był wtedy głównym ośrodkiem szkolenia kieszonkowców, bo mieścił się tu przeniesiony ze Lwowa "uniwersytet" uczący profesjonalnych złodziei. Prowadzący sprawę porucznik pyta: "A jak sprawca wyglądał?" - "No, wysoki, szpakowaty, około pięćdziesięciu lat i trochę staroświecko ubrany. Płaszcz gabardynowy, zapięty na pasek". Ten opis pasuje do Witkacego ze zdjęcia wykonanego w Wiśle w 1938 roku!

Podobno nie był to jego pierwszy wyczyn.

- W 1969 roku przygotowaliśmy numer witkacowski "Pamiętnika Teatralnego". Jurek Timoszewicz był jego redaktorem, i w dniu urodzin Witkacego, czyli 24 lutego 1970 roku, odebrał z drukami pierwszy egzemplarz. Po czym pojechał do domu, wziął prysznic i... obudził się w szpitalu. Na pewno poślizgnął się w wannie i stracił przytomność, ale do dziś twierdzi, że Witkacy rąbnął go w głowę. Od tego zdarzenia bierze początek legenda o duchu Witkacego, wymierzającym karę rym, którzy się nim zajmują. Oczywiście, największy wyczyn to pogrzeb rzekomych jego zwłok przywiezionych w 1988 roku z Jezior, gdzie popełnił samobójstwo...

Tak, ale to zbyt znane i opisane, żeby do tego wracać, choć jest niesamowite.

A teraz, na ostatku, powiem Panu -jako krytyk - co myślę o książce " Witkacego portret wielokrotny ". Jest to książka dociekliwa, i stoi za nią mnóstwo lat kwerend, ale tak zrobiona, że tego wysiłku pisarskiego jakoś się nie czuje, jest to książka - bez obrazy - popularna. I bardzo mnie to cieszy, no bo szczerze mówiąc, ilu jest w Polsce klientów, którzy sięgną (tych najwięcej), przeczytają (tych trochę mniej) i jeszcze zrozumieją (tu już będzie bardzo elitarny klub) takie tytuły Mistrza jak " Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie istnienia" czy "Spór o monadyzm"? Dlatego fajnie, że Witkacy trafi pod strzechy jako człowiek, barwna i skomplikowana postać, facet w dziko kolorowych swetrach i skarpetach. Nadto bardzo mi się podoba układ książki, czerpiący zresztą z dobrych wzorów, bo podobny układem do zeszytów monograficznych "Pamiętnika Teatralnego ", Otwierają obszerna kronika życia, w której zresztą to jemu samemu najczęściej oddaje Pan głos. Korzysta Pan obficie z listów do żony, ale cytując, silą rzeczy ucieka się Pan do zabiegu kondensacji, co daje nam "the best of Witkacy ", najlepsze próbki jego stylu. No i jest tu dużo szczegółów powszechnie nieznanych - niektóre rozwinięte do obszernej anegdoty w poszczególnych szkicach. Mnie osobiście ta lektura sprawiła ogromną przyjemność, nieraz się szczerze uśmiałam i bardzo Panu za ten kolejny witkacologiczny wysiłek dziękuję.

- Cieszę się z tej pochwały, bo istotnie taki był mój pomysł, by wykorzystać sprawdzony wzór monograficznych zeszytów "Pamiętnika Teatralnego". A jeśli chodzi o "strzechy", to miejmy nadzieję, że nie sprawdzi się proroctwo Witkacego wyrażone w tym wierszyku:

Nie zabrną me twory popod żadne strzechy,

Bo wtedy, na szczęście, żadnych strzech nie będzie.

W ogóle z tego żadnej nie będzie uciechy,

I tylko świństwo równomiernie rozpełznie się wszędzie."

"Nienasycenie Witkacym"
Hanna Baltyn
Nowe Książki nr 5/05.2009
13-05-2009
 

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link