Czy warto dzisiaj czytać (i oglądać) Witkacego? - Katarzyna Taras

Gdyby trzeba było wybrać jedno określenie najkrócej i najcelniej charakteryzujące osobowość Stanisława Ignacego Witkiewicza, zdecydowałabym się na użycie słowa NIENASYCENIE. Intelektualne, oczywiście. Wypada mi się jednak przyznać, że nie ja to wymyśliłam. "Nienasyconym" nazwała autora "Pragmatystów" w swoich wspomnieniach Maria Kasprowiczowa.

NIENASYCENIE... Przecież inaczej nie można, nie da się, skomentować wielości dziedzin, jakimi zajmował się Witkacy. Pisał dramaty, powieści - których nie uznawał za dzieła sztuki; prace filozoficzne - chciał, aby przede wszystkim ceniono go jako filozofa, korespondował z Hansem Corneliusem, Romanem Ingardenem, Tadeuszem Kotarbińskim i Władysławem Tatarkiewiczem; opracował teorię Czystej Formy. Zajmował się antropologią, ale nie mogło być inaczej, skoro jednym z jego najbliższych przyjaciół był Bronisław Malinowski, któremu towarzyszył jako fotograf i rysownik podczas wyprawy do Nowej Gwinei, choć wszystko zakończyło się w Australii. Wypada w tym momencie wyjaśnić, że Witkacy i Malinowski zupełnie inaczej tłumaczyli pochodzenie religii. Malinowski uważał, że religia zaspokaja pewne potrzeby materialne, S. I. Witkiewicz, że stanowi reakcję na niepokój metafizyczny. Swoim zainteresowaniom antropologicznym S. I. Witkiewicz dał wyraz m.in. w "studium o psychice plemiennej" - "Niemytych duszach", gdzie zamieścił szereg recept jak nadążyć za tempem świata, a także jak leczyć łojotok.

Zajmował się również malarstwem. Kiedy związał się z formistami, stał się głównym teoretykiem tej grupy. "Dla chleba" prowadził Firmę Portretową. Dla przyjemności przeprowadzał eksperymenty fotograficzne. Wreszcie - pisał wiersze. I interesował się kinem.


A jak się to wszystko zaczęło?

Stanisław Ignacy Witkiewicz urodził się w Warszawie 24 lutego 1885. Już w lutym 1889 roku babcia otrzymała od wnuka pierwsze rysunki. W czerwcu 1890 Witkiewiczowie przenieśli się do Zakopanego, gdzie Kalunio - tak nazywał syna w listach do swojej matki Stanisław Witkiewicz - pisze pod koniec 1892 "Komedie z życia rodzinnego". Nie chodzi do szkoły, ale w 1897 zdaje egzamin do II klasy szkoły realnej we Lwowie. I tak już będzie aż do matury: nauka w domu i egzaminy we Lwowie. W 1902 roku powstaje pierwsza praca filozoficzna - "Marzenia improduktywa - Dywagacja metafizyczna". Jej autor zdaje w czerwcu 1903 roku egzamin dojrzałości. W 1904 poznaje Karola Szymanowskiego, który dedykuje mu I sonatę c-moll (op.6).Lata 1905-1906 to okres, kiedy przyszły autor "Kurki wodnej" studiuje na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i poznaje Władysława Ślewińskiego. W 1908 r. ze względu na pogorszenie się stanu zdrowia ojciec wyjeżdża nad Adriatyk, do Lovrany, skąd już nigdy nie powróci, a syn wstępuje do pracowni Mehoffera i poznaje Irenę Solską, najważniejszą młodzieńczą miłość, wedle badaczy pierwowzór wszelkich kobiet demonicznych w powieściach i dramatach S. I. Witkiewicza.

W 1909 roku rozpoczyna pisanie powieści "622 upadki Bunga, czyli Demoniczna kobieta", którą ukończy w 1911 roku (wyd. drukiem dopiero w 1972). Wkrótce potem doświadcza kryzysu psychicznego, o czym wiadomo z listów do Heleny Czerwijowskiej, beznadziejnie zakochanej w nim inteligentnej i wrażliwej kobiety, z którą wprawdzie uprawiał amitiee amoureuse, ale bez namiętności; wtedy też poddaje się psychoanalizie. Jednocześnie odbywają się pierwsze wystawy jego obrazów w Warszawie i Krakowie, a sam artysta zaręcza się z Jadwigą Janczewską. Narzeczeństwo kończy się tragicznie: 21 lutego 1914 Janczewska popełnia samobójstwo. Witkiewicz ulega kolejnemu załamaniu. Ratuje go przyjaciel z młodości, Bronisław Malinowski, proponując wspólną wyprawę w tropiki. Przyjaciele docierają na Cejlon, a potem do Zachodniej Australii. Jednak Witkiewiczowi nie jest dane długo cieszyć się egzotyką, na wieść o wybuchu wojny drogą przez Bombaj, Aden, Port-Said, Aleksandrię, Saloniki i Odessę dociera w październiku 1914 roku do Petersburga, gdzie dzięki protekcji zostaje przyjęty do elitarnego carskiego pułku Lejb Gwardii. Zachowane dokumenty pozwalają dokładnie prześledzić przebieg jego kariery wojskowej. Jeśli natomiast chodzi o świadectwa lektur, artystycznych fascynacji, intelektualnego rozwoju, trzeba kierować się domysłami i intuicją, ponieważ nie zachowało się żadne wspomnienie Witkiewicza o tych czasach - według jego żony dziennik dotyczący petersburskiego okresu spłonął w Powstaniu Warszawskim. Z kolei nie wszystkim świadectwom przyjaciół można ufać, bowiem zazwyczaj wspominając Witkiewicza mówiącego o Rosji przywołują przede wszystkim rzekome skandale obyczajowe. Tymczasem okres rosyjski jest dla jego twórczości niezmiernie ważny i ze względu na intelektualne inspiracje, jakim musiał ulec - Petersburg we wczesnych latach XX wieku był przedziwnym tyglem kulturalnym - i ze względu na tak wyraźne potem w jego tekstach doświadczenie rewolucji. To w wydarzeniach 1917 roku, oglądanych z bliska, ma swoją genezę jego katastrofizm, którego kluczowymi pojęciami są: "zbydlęcenie" - redukcja wszelkich potrzeb do sfery cielesności oraz "mechanizacja" - uwolnienie od uczuć metafizycznych.

W Rosji Stanisław Ignacy dojrzał, wydobył się spod inspirującego ale i ograniczającego wpływu ojca - po powrocie zaczął używać pseudonimu Witkacy. Także w Rosji najprawdopodobniej zaznajomił się z powieścią Andrieja Biełego "Petersburg". Iwaszkiewicz sugeruje nawet, że do tej lektury zachęcił swego młodego przyjaciela Tadeusz Miciński. Z Biełego Witkacy zaczerpnął - według Iwaszkiewicza - idee panmongolizmu, przede wszystkim obecne w "Nienasyceniu". Poza tym "Petersburg" Biełego to jedna z pierwszych powieści filmowych a twórczość S. I. Witkiewicza naprawdę bardzo wiele zawdzięcza kinu.

Trzeba jednak napisać także, że to w Rosji po raz pierwszy spróbował bardzo tam rozpowszechnionej kokainy.(Na wszelki wypadek pragnę podkreślić w tym miejscu, że Witkacy nigdy nie był uzależniony od narkotyków). I że w Rosji nabawił się choroby wenerycznej...

Do Zakopanego powrócił w czerwcu 1918, pełen twórczej energii. Ukończył "Nowe formy w malarstwie" - które wydane zostaną rok później - i napisał dwa pierwsze dramaty, "Macieja Korbowę i Bellatrix" oraz "Nową homeopatię zła". Do roku 1924 napisze ich jeszcze około 30, z czego drukiem ukaże się 5 i tyleż na scenie (poczynając od "Tumora Mózgowicza" w krakowskim Teatrze im. Słowackiego). W roku 1922 wychodzą "Szkice estetyczne", w następnym - "Teatr". Również w 1923 żeni się z Jadwigą (Niną) Unrug. To małżeństwo przetrwało aż do śmierci Witkacego. Z pewnością nie było konwencjonalne: on mieszka w Zakopanem, ona w Warszawie; jego otacza rój kobiet różnej konduity, jak wówczas mówiono, ona to wszystko znosi i darzy go najczulszą przyjaźnią, on wysyła do niej telegramy w stylu: "Zjazd kochanek, przyjeżdżaj ratować!" i obiecuje jedzenie samych pomidorów. Witkacy uwielbiał to warzywo.

"Sonata Belzebuba" z 1925 roku zamyka pierwszy okres twórczości. Teraz malarstwo zdradza dla portretu a teatr dla powieści. W 1926 pisze "Pożegnanie jesieni". Jest to również okres sukcesów scenicznych w Warszawie i Lwowie; czas, kiedy działa w zakopiańskim Towarzystwie Teatralnym a potem tworzy własny Teatr Formistyczny.

W roku 1927 powstaje "Nienasycenie", a po kilku latach jego ostatnia powieść - "Jedyne wyjście". Drukiem wychodzi praca o narkotykach, a w 1935 roku rozprawa, którą uważa za swoje najważniejsze dzieło, Hauptwerk i nad którą pracował już w Rosji - "Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie Istnienia". Odzywa się także w Witkacym temperament antropologa, pisze "Niemyte dusze", pracuje nad "Zagadnieniami psychofizycznymi", bierze udział w Kongresie Filozoficznym w Krakowie.

Twórcze, gorączkowe i płodne lata zamyka 1 września 1939 roku. Witkacy zgłasza się do punktu mobilizacyjnego w Warszawie, ale nie udaje mu się zaciągnąć do wojska, przeszkadzają podeszły wiek i fatalny stan zdrowia. 5 września wraz z Czesławą Oknińską, poznaną jeszcze w 1929 roku, z którą był związany przez ostatnie 10 lat, wyrusza na wschód. Na wieść o podpisaniu paktu Ribbentrop - Mołotow, mając w pamięci doświadczenie rosyjskiej rewolucji, ale przede wszystkim bojąc się, że nie zdoła obronić swojej towarzyszki, 18 września podcina sobie żyły.

O śmierci Stanisława Ignacego Witkiewicza napisał w swoim, kanonicznym już dzisiaj tekście "Trzy legendy tzw. Witkacego", Kazimierz Wyka:

"Witkiewicz należał jeszcze do pokolenia, w którym na klęskę całkowitą ideałów i wmówień, na katastrofę wszystkich żywionych przekonań, odpowiadano gestem samobójczym. Czynili to oficerowie kampanii wrześniowej, kiedy pod młócką niemieckich bomb rozpadały się ich wszelkie wierzenia. (...) Dzisiaj nie popełnia się z podobnych przyczyn samobójstw, co najwyżej popełnia je jeszcze tylko smarkata, zawiedziona miłość".

Wnuk powstańców styczniowych, człowiek wychowywany w domu pełnym patriotyzmu, wielbiciel twórczości Josepha Conrada nie mógł zachować się inaczej.


***


Podstawowym, aż chce się napisać: jedynym tematem twórczości S. I. Witkiewicza jest człowiek. Nienasycenie szukał człowieka. Czy była to akurat rozprawa filozoficzna, powieść, dramat czy szkic o psychice plemiennej - zawsze pragnął opisać człowieka. Istnienie Poszczególne - jak to nazywał - uwikłane w pesymistyczną historiozofię, charakterystyczną dla inteligenta z dwudziestolecia międzywojennego, uformowanego przez lektury Spenglera, Znanieckiego, Bierdiajewa; tkwiące w kulturze, która się powoli kończyła. Bohater Witkacego to ktoś samotny - no, ale taką cenę - wedle teorii autora "Narkotyków" - ma twórczość; ktoś, kto nade wszystko stara się zachować wolność. Utwory Witkacego można nawet nazwać manifestami, chociaż nie podejrzewam, żeby akurat to określenie podobało się autorowi "Szewców" - manifestami w obronie wolności, swobodnego wyboru, choćby między dalszą egzystencją a śmiercią.

Dla S. I. Witkiewicza człowiekiem jest każdy, kto potrafi doznawać uczuć metafizycznych i odczuwa potrzebę metafizyki. Nie interesował go syty tłum nie potrzebujący religii, filozofii i sztuki; nie interesowało ogólne dobro, ponieważ zdawał sobie sprawę, że ci, którzy nawołują do zrównania klas, to hochsztaplerzy, zresztą jednemu takiemu "równaniu" dokładnie się przyjrzał w 1917 roku. Jednak z wiekiem mocno złagodniał. Wprawdzie nadal przepowiadał ludzkości zagładę, i to już nie poprzez "mechanizację", lecz w morzu krwi, ale jego antropologia coraz bardziej przestawała być elitarna (określenie Małgorzaty Szpakowskiej). Człowieczeństwa nie mierzył już zdolnością doznawania uczuć metafizycznych, lecz chęcią doskonalenia się: "Człowiek jest nie przez to, że jest po prostu i koniec, ale przez to, że ma pewien kierunek, że rozwija się, że staje się czymś więcej niż jest w danej chwili, że przerasta siebie, a przez to przerasta innych" .("Narkotyki. Niemyte dusze", Warszawa 1979, s. 234).

Utwory Witkacego warto czytać właśnie dla głębokiego człowieczeństwa, humanizmu ich autora.

I oczywiście dla stworzonych przez niego bohaterów, którzy walczą z "mechanizacją" i "zbydlęceniem", z własnymi ograniczeniami i namiętnościami, którym rzadko udaje się ocaleć, bo naiwnie dają się oszukać różnym łotrom i ideologiom. Nie można jednak wymagać od katastrofisty happy endu.

Witkacego warto również oglądać, ale tylko wtedy, gdy ktoś potrafi jego utwory dobrze wystawić albo zrealizować przekonującą adaptację filmową.

Wcześniej napisałam - wbrew popularnej opinii, że Witkacy kina nie cenił, chociaż je lubił - że jego twórczość dramatyczna i prozatorska wiele zawdzięcza kinu. A jak wygląda relacja odwrotna? Czy Witkiewicz ma szczęście do filmowców? Jak należy filmować Witkacego?

Inspiruje i dokumentalistów i twórców filmów fabularnych. Interesują ich trzy kwestie: burzliwa biografia, poszczególne utwory, które usiłują z różnym skutkiem adaptować oraz smutne dzieje pochówku na zakopiańskim cmentarzu. Aby jakoś uporządkować filmy o Witkacym, znowu odwołać się trzeba do eseju Kazimierza Wyki, gdzie zostały wyodrębnione trzy legendy Witkacego - osobowości, katastrofizmu i filozoficzności (Małgorzata Szpakowska dodała potem jeszcze legendę "formistyczną"). Filmowców interesują dwie pierwsze. Przy czym z legendy osobowości czerpią przede wszystkim filmy biograficzne i adaptacje powieści bądź dramatów, natomiast realizacje o ostatniej drodze "boga zielonookiego zakopiańskiego Olimpu" (jak określił Witkacego Rafał Malczewski) wykorzystują legendę katastrofizmu.

Jak robić filmy o Witkacym? Zapewne tak, jak wszystkie inne. Trzeba mieć temat i wiedzieć co i komu chce się opowiedzieć. I być konsekwentnym. Wiedział to Stanisław Kokesz, autor oświatowego filmu "Witkacy" (1966), decydując się wytłumaczyć główne motywy jego twórczości. I z tej próby "filmowania Witkacego" wyszedł zwycięsko. Konsekwencją opowiadania wykazał się Józef Robakowski, realizator obrazu również zatytułowanego "Witkacy" (1981), dowcipnej i inteligentnej opowieści o twórcy Firmy Portretowej. Powiodło się również autorom filmów o śmierci i nieudanym pogrzebie w Zakopanem w 1988 r. Jacek Schmidt w "Epilogu" dokumentuje wyprawę do Jezior po ciało S. I. Witkiewicza oraz żenujące uroczystości na cmentarzu na Pęksowym Brzyzku (należy wspomnieć, że jako film dyplomowy w łódzkiej szkole filmowej Schmidt zrealizował "Hamadrię" - dość swobodną adaptację fragmentów "622 upadków Bunga..."). Dramatyczny jest w filmie kontrast między bardzo ludzkimi wspomnieniami Poleszuków o tym, "jak Polak, pan, śmierć sobie zrobił", patetyczną i nieudaną uroczystością oraz wygłoszonym podczas pogrzebu kazaniem ks. Józefa Tischnera o "zmarłym na rozpacz bracie Witkacym". Rzetelnością wykazał się także Konrad Szołajski w "Zdziczeniu obyczajów pośmiertnych" (1995), filmie o konsekwencjach nieudanego pogrzebu.

Niestety, twórcy innych dokumentów utopili Witkacego w sentymentalnym sosie, nie potrafili też uniknąć pompatyczności. Trochę lepiej wygląda sytuacja z realizacjami fabularnymi, zarówno biograficznymi jak i adaptacjami utworów Witkacego. Niewątpliwie najlepszym filmem o Witkacym jest telewizyjny "Tumor Witkacego" zrealizowany przez Grzegorza Dubowskiego w 1985, z doskonałą rolą Janusza Zakrzeńskiego. Jego Witkacy porusza się między błazeństwem a profetyzmem. Gdy wokół trwa "Bal w Operze", mało kto dostrzega w błaźnie proroka...

W filmach "Gwiazda Piołun" (1988) Henryka Kluby (wg Władysława Terleckiego) oraz "Schodami w górę, schodami w dół" (1988) Andrzeja Domalika (wg Michała Choromańskiego) osobowość głównego bohatera jest niepotrzebnie ukrywana. I tak wiadomo, że Mężczyzna oraz Malarz z ich filmów to Witkacy. Realizatorzy "Gwiazdy Piołun" ukazali najostrzej wrześniową tułaczkę Witkiewicza. Samobójstwo Mężczyzny (Tadeusz Huk) to "jedyne wyjście" z sytuacji, jedyna możliwość ocalenia resztek godności, ostatni wybór, jakiego może dokonać. Mężczyzna kończy ze sobą, bo wie, pamięta (w filmie pojawiają się retrospekcje z rewolucji) jak wygląda, trawestując Verlaine'a, "nie-piękne i nie-wielkie konanie". Kiedy samobójstwo popełnia wielki indywidualista, inni wybierają groteskową ewakuację. Bo "Gwiazda Piołun" to również film o Polsce we wrześniu 1939 roku.

Witkacy - Mężczyzna zdecydował się na śmierć, która w nim była, Malarz (Jan Nowicki) ze "Schodami w górę,..." wybrał piękny gest. Jako esteta, arbiter elegantiarum, nie mógł wybrać samobójstwa, które jest nieestetyczne. Ten filmowy Malarz-Witkacy jest bardziej witkacowski niż pierwowzór i z pewnością bardziej cyniczny. Domalikowi udało się pokazać, czym była Młoda Polska dla S. I. Witkiewicza, który dorastał w jej aurze, ale dzięki poczuciu humoru i ironii, twórczo wykorzystując figury charakterystyczne dla młodopolskiej estetyki, przyczynił się do jej pogrzebu.

Trzeba też wymienić przynajmniej dwie filmowe adaptacje utworów Witkacego. "W starym dworku, czyli Niepodległość trójkątów" (1984) Andrzeja Kotkowskiego, sprawna kombinacja literatury, ale także malarstwa i fotografii - wiele zawdzięcza witkacowskiej ikonografii. Natomiast "Pożegnania jesieni" (1990) Mariusza Trelińskiego nie waham się nazwać dziełem wzorcowym. Dla reżysera nie było ważne jedynie to, co w powieści należy do sfery "opowiadania", ale również to, co należy do "wypowiadania". Na ekranie mamy kombinację wściekłego aż do absurdu (Witkacy napisałby "demonicznego") romansu, thrillera, filmu gangsterskiego i komedii. Co z tego, że w filmie są zdarzenia, których nie ma w powieści? Treliński "zdradził" Witkacego dla niego samego. Sprzeniewierzył się, aby wydobyć z pisanego w latach 20. utworu to, co do dzisiaj aktualne - motyw niewolenia człowieka przez ideologię, niemożność sprzeciwienia się historii, zmierzch piękna i wolności wyborów. Filmowe "Pożegnanie..." jest wierne nie tylko literze Witkacego, ale również jego malarstwu w kompozycji kadrów, kolorystyce, sposobie operowania światłem. Nie korzystając (oprócz finału) z biografii Witkiewicza, Treliński zrobił film, który najwięcej mówi o jego katastrofizmie. Witkacy musiał odejść, bo odszedł jego piękny i wolny świat. Reżyser definiuje katastrofizm jako obserwację końca wartości, pojęć, myśli, stanowiących podstawy czyjegoś światopoglądu. Śmierć ideałów, świadomości, intelektu jest znacznie gorsza od śmierci fizycznej. Właśnie tak myślał Witkiewicz.

Witkacego powinno się ekranizować tak, jak zrobił to Mariusz Treliński. Przemyśleć jego twórczość, odnieść do współczesności, a opowiadać tylko o tym, co do dzisiaj aktualne. Nie bać się korzystania z fotografii i portretów, nawiązywać do malarstwa. I współpracować z dobrymi aktorami, bo tylko oni potrafią ożywić Witkacowskie marionetki...

Nie uzurpuję sobie żadnego prawa do sugerowania, co i z jakiego utworu należy wydobyć, ale...

Gdyby tak realizując adaptację "622 upadków Bunga..." zrobić film o schyłku pewnej estetyki, a zarazem epoki...

Gdyby filmując "Nienasycenie" ograniczyć motyw Chińczyków grożących Europie - ten relikt panmongolistycznych rozmyślań, funkcjonujący na początku XX wieku jako koszmarny sen o "żółtej rasie zalewającej świat" - i nie traktować obecnej w powieści śmiesznie młodopolskiej i nużącej (!) erotyki jako pułapki na widza, a skupić się na trudnym wchodzeniu w dorosłość chłopca, któremu przyszło żyć w świecie, gdzie niczego nie da się ocalić, gdzie nie ma szansy na jakąkolwiek bliskość...

Gdyby sięgnąć po "Jedyne wyjście" i zrobić utwór filmowy o powstawaniu utworu literackiego? (Zdaniem Anny Micińskiej to "jedyna może w polskim piśmiennictwie prawdziwa antypowieść, dzieło o powstawaniu dzieła").


Gdyby...

Widzowie mogliby jedynie zyskać.

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link