O 100. spektaklu "Mistrza i Małgorzaty" - Karolina M.

Drogi Panie Reżyserze,

Nie wiem nawet, czy wypada pisać tak osobiste wrażenia na oficjalny adres. Proszę wybaczyć tę poufałość, ale, mimo wielu prób, nie mogłam się powstrzymać - "Mistrz i Małgorzata" zbyt wiele dla mnie znaczy. Z góry przepraszam za słowotok, wynikający nie tylko z późnej pory, ale także z tego, że nie zdążyłam jeszcze poradzić sobie z natłokiem wrażeń po setnym przedstawieniu.

Powieść Bułhakowa przeczytałam po raz pierwszy pod koniec drugiej klasy gimnazjum - pięć lat temu. Początkowo, oczywiście, nie wyłapywałam aluzji, ale fabuła zauroczyła mnie na tyle, że wróciłam do tej książki niecały rok później. Wrażenie było niesamowite - z czegoś, co znałam, wyłoniło się coś, z czego nie zdawałam sobie sprawy. Dalej było już tylko lepiej, wraz z lepszą znajomością historii, wraz z poszerzaniem własnych horyzontów, przychodziła ogromna satysfakcja z "odkryć" czynionych w "Mistrzu i Małgorzacie". Ta książka stała się dla mnie szalenie ważna - dojrzewałam z nią.

Na reżyserowany przez Pana spektakl po raz pierwszy wybrałam się ponad rok temu z klasą. Przed przedstawieniem miałam mieszane uczucia: z jednej strony - ogromna ciekawość, z drugiej - chyba jeszcze większy strach przed ewentualną profanacją dzieła Bułhakowa. Oczywiście, do niczego takiego nie doszło, byłam wręcz zaskoczona, że tak łatwo zaakceptowałam czyjąś wizję. Klimat powieści został oddany idealnie - po zakończeniu "Mistrza i Małgorzaty" towarzyszyło mi nawet to specyficzne ukłucie, którego doznaję zawsze po przeczytaniu książki. Spektakl zauroczył mnie na tyle, że zapragnęłam go obejrzeć jakiś miesiąc później. A potem... potem przyszedł kolejny miesiąc. I jeszcze raz, dwa miesiące później. I kolejny miesiąc. I tak dalej. Nie wiem, ile razy przeczytałam "Mistrza i Małgorzatę" i nie wiem, ile razy byłam na reżyserowanym przez Pana przedstawieniu. W każdym razie, prawdopodobnie powinnam skontaktować się ze specjalistą, bo to chyba daleko wykracza poza normę.

Widziałam nawet drobne zmiany w spektaklu przeprowadzone w tym okresie, niesamowitych wrażeń dostarczało mi obserwowanie, jak się rozwija. Wniknęłam w to do tego stopnia, że miałam wrażenie, że wyszłam "z drugiej strony" - jakbym brała udział w realizacji i z niepokojem oglądała, jak to wypadnie na scenie. Widziałam potknięcia i, mimo świadomości, że grający w tym przedstawieniu aktorzy to profesjonaliści, z przerażeniem zastanawiałam się, jak wybrną z tej trudnej sytuacji i czy dadzą coś po sobie poznać. To zabawne, ale mogłabym powtórzyć za Małgorzatą, że "w tej powieści jest całe moje życie" i z całego serca pragnęłam, by i jej sceniczna wersja wypadała jak najlepiej - by widzowie, którzy są na niej po raz pierwszy, wyszli z teatru zauroczeni w tym samym stopniu, co ja.

Moje odczucia odnośnie spektaklu nie będą pewnie zaskakujące i oryginalne, ale korzystając z okazji muszę powiedzieć, że aktorzy byli naprawdę wspaniali. Najbardziej wyraźny ślad w pamięci zostawiali tytułowi bohaterowie, Piłat oraz "banda Wolanda", ale inni artyści również byli niesamowici w swoich rolach - wspomnieć muszę choćby Iwana, Berlioza, doktor Strawińskiego, Praskowię Fiodorownę czy Friedę. Przemysław Wasilkowski w roli diabła był po prostu fenomenalny - miał niezwykły głos, przenikliwe spojrzenie i nieco ironiczny, choć jednocześnie ciepły uśmiech. Scena w teatrze Varietes, gdy pan Wasilkowski przygważdża widzów do foteli samym spojrzeniem, była naprawdę imponująca. Przeszkadzały mi natomiast momenty, w których podnosił głos - przede wszystkim w scenie "przy świecach". Zawsze postrzegałam Wolanda jako nieco cynicznego obserwatora rzeczywistości, będącego niejako ponad ludzkimi emocjami, te chwile natomiast niszczyły ten efekt. Może miało to uczynić go jeszcze bardziej intrygującym, ale na mnie wywierało raczej żenujące wrażenie. Nie psuje mi to jednak odbioru ani tej postaci, ani całego przedstawienia. Niezwykle silnie zapadł mi w pamięć Azazello. Cudna mimika, gesty, ruch, głos - budził szacunek, sympatię i rozbawienie. Przeżyłam okropne rozczarowanie, gdy zorientowałam się, że nie zobaczę go podczas ostatniego spektaklu... Mam nadzieję, że powody jego nieobecności nie były poważne. Najlepsza w roli Behemota była Anna Majcher - wdzięk i humor, właściwe tej postaci, towarzyszyły jej na każdym kroku. Krzysztof Pyziak w roli Korowiowa także robił świetne wrażenie - przede wszystkim, miał niesamowitą mimikę i świetny głos. Wspaniale grała również Kamila Wojciechowicz, prawdziwe uosobienie pokusy. Chciałabym napisać kilka słów o każdym, ale obawiam się, że i tak przesadzam z długością tego maila. Dodam więc tylko, że wszyscy aktorzy sprawiali wrażenie, że świetnie bawią się, grając - i to chyba zachwycało mnie najbardziej. Zabawne sytuacje, które czasem miały miejsce na scenie, nie budziły zdenerwowania, lecz naturalne rozbawienie, z którego płynnie potrafili przejść do odegrania poważniejszych kwestii. Widać było, że czerpią przyjemność z tego, co robią - mimo, że przecież odgrywali te same role po raz kolejny.

Bardzo podobał mi się początek przedstawienia - połączenie rzeczywistości moskiewskiej z historią Piłata. Ukazanie Mistrza w trakcie pisania powieści oraz stworzonych przez niego bohaterów jednocześnie na scenie było bardzo zgrabnym zabiegiem. Także wymowne spojrzenie, które Piłat posyłał Mistrzowi, zawsze robiło na mnie duże wrażenie - to szczegół, ale bardzo smakowity. Końcowe uwalnianie syna króla-astronoma również głęboko zapadło mi w pamięć. Muszę jeszcze pochwalić prostą, ale świetnie współgrającą ze wszystkim muzykę oraz niesamowite efekty specjalne. Rękopis, wybuchający dużym ogniem, latanie, spadające ruble, zrzucane na scenę przedmioty (księga meldunkowa łapana przez Korowiowa musiała być naprawdę ciężka...) - to wszystko wprowadzało bardzo "szatański" klimat.

Ostatni spektakl był dla mnie niezwykle smutny - jakbym z każdą sceną żegnała się z bohaterami. Myśl, że tego przedstawienia więcej nie zobaczę, jest dla mnie tak przerażająca, że chyba jeszcze nie dopuściłam jej w pełni do świadomości. Nie znam przyczyn zdjęcia spektaklu i nie wiem, czy mogę po cichu liczyć na to, że zostanie on kiedykolwiek wznowiony. Nadzieja w każdym razie umiera ostatnia...

Panie Reżyserze, dziękuję Panu, aktorom i wszystkim ludziom, którzy przyczynili się do wystawienia "Mistrza i Małgorzaty" za dostarczenie mi tak ogromnej dawki emocji i wzruszeń. Żałuję, że mimo tego, że trafiłam na ten spektakl z klasową wycieczką, nie mieliśmy zorganizowanego żadnego spotkania z aktorami, ani że nigdy nie miałam okazji podpatrzeć, jak to wszystko wygląda "z drugiej strony". Choć byłabym fatalną aktorką, teatr kocham i wszystko, co się dzieje za kulisami, jest dla mnie niezwykłe i fascynujące.

Nie chciałabym, by zabrzmiało to patetycznie, ale jeszcze długo będę czuć ukłucie bólu i takiej dziwnej tęsknoty, patrząc na kolekcję zdobytych banknotów dziesięciorublowych - dowód tego, że mieszkańcy Moskwy wcale się nie zmienili. Będzie mi okropnie żal, że Woland ze swoją świtą opuścił Łódź, że Mistrz i Małgorzata odeszli i że odszedł też okrutny piąty procurator Judei, *eques Romanus*, Poncjusz Piłat.

Jeszcze raz dziękuję za wszystko.
Z poważaniem i ogromną sympatią,
Karolina M. (nazwisko i adres do wiadomości zainteresowanego)
13 (piątek) maja 2008 r.

 


 

Droga Karolino,

dzięki za piękny list o setnym "Mistrzu", jeżeli pozwolisz dam go na swoją stronę do materiałów Bułhakowa, jako świadectwo Widza, wszyscy ogromnie żałujemy że "Mistrz" opuszcza Łódź, nowy przyszły dyrektor pan Brzoza nie chce mieć w teatrze śladów po innych, nie swoich twórcach i przy okazji gdzie może obraża widzów którzy akceptowali swoją obecnością te spektakle, to bardzo przykre dla nas wszystkich, przymierzamy się do przeniesienia spektaklu do innego miasta, zobaczymy co z tego wyjdzie. Ta ogromna pogarda dla nas wszystkich, która wyziera również z łódzkiej prasy, cynizm piszących na zamówienie ludzi tak łatwo niszczących cudzą pracę jest nie do zaakceptowania przez nas. Biedne miasto sycące się recenzencką nienawiścią, kłamstwem i pogardą. Co do nieobecności Asasella wieczorem, to panowie dyrektorzy artystyczni wyrzucili go ze spektaklu w czasie trwania rannego pokazu. Biedny Teatr Nowy.

ucałowania,
andrzej Maria

 


 

Witam,

Szczerze mówiąc, zamurowało mnie. Spodziewałam się, że z założenia "Mistrz..." miał być wystawiony tylko sto razy, nie, że to ograniczenie jest winą dyrektora teatru. Przykre, że jeden - przepraszam za dosadne określenie, ale inne, które mi się nasuwają, są tylko gorsze - kretyn na górze może tak wiele napsuć... Wyrzucić aktora w czasie spektaklu?! Nie mieści mi się to w głowie. Tym bardziej podziwiam zgranie zaangażowanych w to wszystko ludzi - choć brak Azazella był bardzo przykry, modyfikacja przedstawienia wypadła zgrabnie i udało się uniknąć jakiejkolwiek wpadki. Niesamowite jest też to, że aktorzy, mimo wściekłości, którą musieli odczuwać, potrafili nie tylko z prawdziwą pasją i widoczną przyjemnością odegrać swoje role, ale nawet wciągnąć do gry publiczność. Bardzo się cieszę, że będzie szansa zobaczenia "Mistrza..." choćby w innym mieście - pewnie, że będę mogła sobie na to pozwolić rzadziej niż do tej pory, ale może uda mi się nie uschnąć z tęsknoty. Naprawdę, to jedyna sztuka, którą mogę oglądać tak wiele razy. Martwię się tylko, że zmiany w zespole mogą być znaczne, a, prawdę mówiąc, ciężko mi wyobrazić sobie w niektórych rolach kogokolwiek innego. Przykro mi, że Łódź tak zawiodła Pana oczekiwania - na pocieszenie mogę dodać, że generalnie widzowie wychodzą z teatru zachwyceni. I mówię nie tylko o kręgach, w których sama się obracam, i które można by było na tej podstawie posądzać o równy fanatyzm - słyszałam wiele komentarzy z ust ludzi właściwie mi obcych. Ani jeden nie był negatywny.

Dziękuję i serdecznie pozdrawiam,
Karolina

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link