"Mistrz i Małgorzata" Marczewskiego - Marcin Hałaś

W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty wieczorem trzydziestego dnia jesiennego miesiąca września na scenę Teatru Zagłębia w Sosnowcu wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat. To on będzie głównym bohaterem tej opowieści. Człowiek odważny, który kiedyś nie cofnął się w obliczu śmierci, w Dolinie Dziewic, kiedy tak niewiele brakowało, żeby rozwścieczeni Germanie zagryźli olbrzyma Szczurzą Śmierć. I który tylko raz w życiu okazał się tchórzem, lecz przecież tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą! Drugim z bohaterów tej historii będzie bawiący się światem i swoją wszechpotęgą, ale też zabawą tą już jakby nieco zmęczony messer Woland. Jak długo można bowiem z radością siadać do gry, jeśli z góry jest się pewnym wygranej?

Przyznam, że na spektakl Mistrza i Małgorzaty w adaptacji i reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego, który po raz kolejny przeniósł na teatralne deski arcydzieło Bułhakowa, wybierałem się bez wielkich oczekiwań, może nawet z obawą. Jakoś nie przypuszczałem, by na małej pudełkowej scenie Teatru Zagłębia można było ten tekst z powodzeniem wystawić, dość nijakie recenzje z premiery w prasie codziennej obawy moje wzmagały. Ale o to na scenie pojawia się w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika...

Na pewno jest to przedstawienie dwóch wspaniałych kreacji - Andrzeja Śleziaka jako Piłata oraz (przede wszystkim) Wojciecha Leśniaka w roli Wolanda. I jeszcze Adam Kopciuszewski w kapitalnym epizodzie Miszy Berlioza. Wspólną cechą obu głównych partii aktorskich jest to, że w trakcie spektaklu rozwijają się, są tak konsekwentnie budowane, że widz musi się do nich przekonać mimo początkowych zastrzeżeń. Bo wątpliwości można mieć - Woland, kiedy pojawia się na Patriarszych Prudach, jest stanowczo zbyt mało demoniczny. Raczej nieco pedałkowaty, mdło ekscentryczny. Ale powoli zaczniemy rozumieć - Woland nonszalancko błaznuje, bo tylko zabawa mu pozostała. Przewaga, jaką ma nad wszystkimi - stała się jego przekleństwem, bo skazuje go na nudę, wieczną powtarzalność w coraz gorszej jakości - bo czyż poeta Bezdomny może powiedzieć mu coś bardziej interesującego niż staruszek Immanuel? Woland - pozornie wszechmocny - ograniczony jest tak jak ograniczone jest zło: nie przekroczy granicy Światłości, jedyne co może zrobić to drwić z ograniczonego Mateusza Lewity. Ale ta kpina - nawet gdyby była błyskotliwa - maskować będzie bezsilność. A miłosierdzie i tak nieoczekiwanie i zdradliwie wciska się w najmniejsze szczeliny. Równie konsekwentnie budowana jest rola Piłata. Na początku wydaje nam się zbyt stary, jednak później zaczynamy rozumieć sens tak akcentowanej starości Piłata. Odwaga nie jest egzaminem, który zdaje się raz w sile wieku, uzyskując zaliczenie na zawsze. Można być do tego sprawdzianu wywołanym powtórnie w złej chwili - kiedy ma się już o wiele więcej do stracenia, kiedy przynależna młodemu wiekowi fantazja ustąpiła wygodzie. Egzamin z odwagi ma jeszcze jedną diablą cechę - za każdym razem, gdy do niego stajemy, jest tak jak za pierwszym razem. I nie ma terminu poprawkowego. Zarówno Leśniak, jak i Śleziak przekonują widza do swojej koncepcji granej postaci. I czynią to bardzo skutecznie.

Śląski widz nie ucieknie zapewne od porównań spektaklu Marczewskiego z granym w Teatrze Rozrywki Balem u Wolanda. Tam osobliwie największą ułomnością widowiska okazywał się gwiazdor Maleńczuk w roli Wolanda. Jeżeli bułhakowowski messer nieco znudzony był światem i wiecznością, to Maleńczuk zdawał się być bardzo zmęczony i zdegustowany faktem, że ma cokolwiek grać (co nie wyrażało się tylko w permanentnych "obsuwach" tekstowych). Nie wiem, czy Marczewski widział Bal u Wolanda, ale mam wrażenie jakby chciał zaproponować coś innego niż mistrzowskie kreacje Talarczyka i Święsa w rolach "wolandowej kompaniji". Stąd też swoiste uwspółcześnienie Korowiowa i Asasella. Ten pierwszy przypomina rockersa, drugi punka, obaj nieco groteskowi. Ale - o dziwo - zabieg się sprawdza, może też dodatkowo "rajcować" młodszą widownię.

Dobrą rolę Małgorzaty zagrała Joanna Litwin-Widera, choć może za bardzo wyzuła tę postać z liryzmu. To Małgorzata przepiękna (tak jak Anna Kadulska w Balu u Wolanda czarodziejską maść będzie wcierać w nagie ciało), jednak mocna i zdecydowana. Może również po to, by równoważyć zupełną bezwyrazistość Krzysztofa Korzeniowskiego jako Mistrza - z taką manierą gry mógłby recytować erotyki Asnyka w szkolnym kółku teatralnym, ale trudno, by przekonał widza, że jest autorem powieści, która zainteresowała samego Szatana (i Boga zresztą też), że jest Mistrzem, że kochać go może taka kobieta jak Małgorzata Litwin-Widery. Ale, jak już wspomnieliśmy, to nie Mistrz jest głównym bohaterem tego spektaklu. Zresztą zupełnie bezbarwny jest też Jeszua Ha-Nocri, tę postać mógłby równie dobrze zagrać amator z pierwszej lepszej parafialnej pasji. Dobrze buduje swą rolę za to Łukasz Konopka jako Iwan Bezdomny, niezłą końcówkę ma Adam Szarek jako Mateusz Lewita.

To bardzo dobry, mistrzowski wręcz (biorąc pod uwagę zadanie, z jakim przyszło się zmierzyć) spektakl. Wydaje się, że Andrzej Maria Marczewski wydobył z sosnowieckiego zespołu o wiele więcej niż się można było spodziewać. Ręka mistrza - widać. Marczewski przykroił powieść na potrzeby adaptacji scenicznej. Pominął tarapaty Stiopy Lichodiejewa, zrezygnował ze smakowitej, choć trudnej do zainscenizowania sceny spektaklu w Varietes. Błysnął za to sekwencją balu u Wolanda, mistrzowsko operował zredukowaną do minimum, ascetyczną scenografią. Ładnie wydobył też kontrast ciemnego świata akcji i Światłości, w którą zanurzył się Ha-Nocri. Tam, gdzie sięgał po dosłowność - nie raziła ona, nie irytowała. Trzygodzinne przedstawienie ani przez chwilę nie nudzi, choć młodej widowni warto uświadomić, że trudno traktować je jako streszczenie powieści Bułhakowa. Ale równocześnie może zyskać ono aprobatę wielbicieli tej książki, którzy przeczytali ją z kilkadziesiąt razy. Zdaje się, że Marczewskiego mniej interesowała Moskwa czasów władzy radzieckiej, jej absurdy i figle duetu Korowiow-Behemot. Skupił się na człowieku. Na tym, że potrafi on być niezłomny, płacąc za to wysoką cenę, i że może się załamać, stchórzyć, a potem gotów jest oddać wiele, by zmazać ten krok. Piłat w Sosnowcu... W Sosnowcu, czyli wszędzie.

 

MARCIN HAŁAŚ

Michaił Bułhakow: Mistrz i Małgorzata. Adaptacja i reżyseria: Andrzej Maria Marczewski. Scenografia: Tadeusz Smolicki. Muzyka: Tadeusz Woźniak. Premiera 30 września 2006 roku w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu.

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link