Wypowiedzi widzów

Wypowiedzi widzów o spektaklu "Mistrz i Małgorzata" M. Bułhakowa w Teatrze Nowym w Łodzi (2007-2008)

 


 

Iza

Witam Pana,

byłam na spektaklu reżyserowanym przez Pana, pt. "Mistrz i Małgorzata". Po spektaklu mieliśmy spotkanie z Panem i aktorami to było 4 grudnia. Mówił Pan że każdy ma swoje odczucia i odbiera tę książkę i spektakl inaczej i owszem tak jest. Bo ja po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów, nie widziałam nic nadzwyczajnego w książce. A nawet fragmenty o Jeszui Ha Nocri wydawały mi się sprzeczne moimi racjami na temat Chrystusa... Po przeczytaniu całości troszkę (ale podkreślam troszkę), zmieniłam zdanie-może dlatego, że zrozumiałam o co chodziło z wspomnianym Jeszuą; pojawiły się postacie z poza świata realnego, zresztą śmieszne kreacje. A tak na prawdę, gdyby nie omówienie "Mistrza i Małgorzaty" na lekcjach języka polskiego, to sama nie zrozumiałabym prawdziwego sensu tej powieści.

A spektakl był świetny, strasznie mi się podobał... Bardzo dobrze zagrana rola Wolanda przez Pana Przemka- głównie scena w teatrze "Varietes"; zresztą aktorzy świetnie dobrani i zagrali swoje role bardzo profesjonalnie-było to drugi spektakl, który wywarł na mnie takie wrażenie; na spotkaniu jeden z aktorów pytał czy nie przeszkadzają nam liny-mnie osobiście nie, bo przecież trzeba było przedstawić latające czarownice ;)) nawet mogę powiedzieć, że byłam pozytywnie zaskoczona...Nasza Sorka Kasia ;) tak skrytykowała postać Helli, nie zgadzam się z Nią, ponieważ każdym sam wybiera, co chce wynieść z tego spektaklu.

Mnie się podobały takie wtrącenia i odbierałam to w ten sposób że ciągle mamy styczność z diabłem i to postać(nie wiem jak to nazwać) która będzie odrywała nas od spraw ważnych. I jeśli na spektaklu ktoś nie mógł oderwać oczy od Helli to i w życiu nie poradzi sobie z pokusami... I proszę nie rezygnować ze scen z Hellą.

To wiążę się również z Pana wypowiedzią, że lubi Pan, gdy na scenie iskrzy i sceny z Hellą, loty na linach, wybuch rękopisów czy ogień na zakończenie świetnie realizują Pańskie słowa...

Słowa uznania dla Pana i aktorów, którzy wkładają całe serce w odgrywanie swoich ról...

Z poważaniem Iza.

 


 

Ania

Więc nie do końca wiem od czego zacząć.......

Wczorajszy spektakl "Mistrza i Małgorzaty" bardzo mi się podobał, jego pierwsza cześć była weselsza (takie przynajmniej mam wrażenie) natomiast druga troszkę mniej. Spektakl był świetny, dał mi wiele do myślenia. wywołał we mnie różne uczucia, sprawił, że zakochałam się w Łodzi i w teatrze (za którym kiedyś nie przepadałam).

Kiedy dotarłam nad ranem do domu było mi okropnie smutno, ponieważ najprawdopodobniej nie zobaczę więcej tego wspaniałego spektaklu. Kiedy wstałam wiedziałam co mam napisać ale teraz mam mętlik w głowie.

Na tę wycieczkę pojechałam przede wszystkim żeby obejrzeć "Mistrza i Małgorzatę", ale nie tylko dlatego. Chciałam również zobaczyć Łódź, ponieważ chce tam studiować, o ile mi się to uda. moim marzeniem jest uczęszczać do Wyższej Szkoły Filmowej im. Schillera na ul. Targowej. może wie pan czy bardzo trudno tam się dostać?

Chciałam ściągnąć sobie na pocztę zdjęcia z pana strony internetowej ale jakoś nie mogę... na wczorajszym spotkaniu po spektaklu była mowa o tym iż dzisiejsza młodzież jest uzależniona od komputera i internetu. Jednak nie wszyscy. ja np., korzystam tylko z poczty i to w bibliotece, w domu nie mam nawet komputera...nie pamiętam o czym miałam jeszcze napisać, poza tym, że tęsknie za Łodzią i tym teatrem.

Strasznie podobała mi się scena w Teatrze Varietes oraz zjazdy na linie. Inne sceny też były bardzo ciekawie przedstawione. Podczas tego spektaklu nie byłam zwykłym widzem, nie czułam się tak. Brałam w nim udział i to było fantastyczne, oraz te czerwońce spadające z góry....gdybym sobie coś przypomniała to jeszcze kiedyś napisze.

Z pozdrowieniami dla Pana i aktorów Anka z Lublina

P.S. przepraszam za błędy, w podstawówce i gimnazjum zbyt wiele z polskiego się nie nauczyłam. lektur też za bardzo nie czytałam...


 

Roxanne

Szanowny Panie Marczewski!

Piszę do Pana w imieniu własnym i mojego kolegi. Jesteśmy pod dużym wrażeniem przedstawienia "Mistrz i Małgorzata" w Pańskiej reżyserii... Chcielibyśmy się zapytać, czy byłaby możliwość przyjścia na próbę i popatrzenia, jak to wszystko wygląda "od środka"?

Pozdrawiamy, A.P i M.B

 


 

Franek

Wczoraj (tj. 4 grudnia) oglądałem Pański spektakl "Mistrz i Małgorzata". Nie wiem, czy jest Pan z tych, którzy zapamiętują, ale w każdym jestem tym chłopakiem, który siadł z tyłu podczas poseansowej rozmowy i zadał Panu pytanie o wolność. Przesyłam Panu krótki dramat mojego autorstwa, który "wypociłem" po przeczytaniu cyklu lektur romantycznych i "Lalki" Prusa. Jeśli znajdzie Pan czas, to proszę o krytyczną ocenę i ewentualne rady, lub jakikolwiek komentarz ponad stwierdzenie: "fajne" lub "niefajne".

Co do mojej refleksji nt "MiM" to przedstawię ją tak... (UWAGA! bez zafascynowania Gombrowiczem ta część może być nudna i trudna)

Książkę przeczytałem, bo była naszą lekturą. Z początku odnosiłem się do niej nieufnie, ale z biegiem czasu się w niej zauroczyłem. Piszę zauroczyłem, bo nie jestem w niej (jeszcze?) zakochany. Byłem już na jednym przedstawieniu "MiM" w Lublinie i wtedy uważałem, że niemożliwym jest przedstawić go tak jak bym tego oczekiwał. Panu się to udało. Gdy dowiedziałem się, że jest możliwość wyjazdu na "MiM" do Łodzi bez wahania się zgłosiłem. Nie zrezygnowałem też, gdy się okazało, że w dniu dzisiejszym miałem pisać maturę próbną z polskiego (cóż - zaspałem i nie napisałem - zamiast niej piszę to). Parę dni przed wyjazdem przeczytałem "Ferdydurke" Gombrowicza, co jak mawiam, kiedy coś mnie mocno poruszy lub uderzy, "wpłynęło na moje życie".

W czasie podróży bawiliśmy się z kolegą w Filidora i anty Filidora. Ja udowadniałem mu wyższość syntezy nad analizą, a on odwrotnie. Byliśmy w Łodzi już o 14:30, więc kazano nam sobie poradzić i przyjść na czas na spektakl. Wtedy syntetyczno analityczna dyskusja rozgorzała na dobre. Ja przestawiałem wszystko jednym zdaniem, a kolega to rozkładał. Nawet, gdy ja(syntetyk) zacząłem analizować, to kolega(analityk) musiał walnąć syntezę, żeby była równowaga i żeby było w porządku... Doszliśmy do przekonania, że każdy jest analtezykiem, albo syntelizetykiem, tylko nie wiedzieliśmy kto jest kto.

Drążąc nudny i bezsensowny spór o wyższość syntezy nad analizą i analizy nad syntezą, doszliśmy do ciekawych wniosków. Wkradał się bowiem w nasze rozważania nieustannie "parobek". Pierwsze piwo piliśmy na uboczu koło śmietnika, tam gdzie parobek egzystuje. Później myśleliśmy syntetycznie i analitycznie czy ucieczka do Parobka nie jest ucieczką od krzyża, który dostaliśmy od Boga dla naszego nawrócenia. Powiedziałem wtedy koledze, że trzeba przestać mówić "uciekajmy do parobka", tylko zacząć być parobkiem. Ta myśl wróciła na koniec naszych rozważań syntetyczno -parobkowo- analitycznych, kiedy w rozmowach o powołaniu powiedziałem: trzeba by być parobkiem Pana Boga. Czy jako ksiądz, czy jako mąż, czy jako kawaler. On wtedy mi wytkną to, co ja mu wytknąłem. Nie myśl o tym, tylko to rób.

Z takim nastawieniem podeszliśmy do spektaklu. Teraz będę mówił już za siebie... Było to dla mnie ponowne przeżycie książki. To było to, co chciałem zobaczyć. Nie potrafiłem patrzeć z dystansem na tę sztukę, tym bardziej, że od książki w ogóle nie mogłem się zdystansować. Dlatego najbardziej mnie ruszyło pytanie Wolanda: "Czy mieszkańcy tego miasta zmienili się wewnętrznie?" I za chwilę poczułem wstyd, ten sam, który czułem dwa lata wcześniej czytając "MiM", że w takiej sytuacji łapałbym "czerwońce" spadające z nieba i wypychał nimi kieszenie. Pomyślałem - nie zmieniłem się i na przerwę wyszedłem zdruzgotany i w "totalnym rozkładzie". Ale słowa o parobku Boga i powierzenie się Maryi zwyciężyło we mnie. Sprawa Helli była dla mnie oczywista. Jeśli będę się jej przypatrywał, to będę miał później problemy z czystością - może to przez ten mój brak dystansu i pozwolenie na przyjmowanie sztuki całym sobą, a nie tylko w kategoriach estetycznych. Pomyślałem - jestem wolny. Małgorzata mówiła, że jest zniewolona Mistrzem i krzyczała, żeby ją uwolnił. A ja czułem się wolny. Piłat zniewolony swoim tchórzostwem męczy się. A ja czuję się wolny. Tchórzostwo dopadło mnie dopiero po spektaklu. Rozmowa z reżyserem i aktorami. Półsłówka nauczycielki i aluzje "żeby nie dać plamy". W głowie przekonania własne, ale uwięzione we mnie. Chęć bycia innym niż wszyscy. Spotkanie z ludźmi. Rzemieślnikami, którzy są szczęśliwi, bo robią to co lubią robić. Rozmowa o polityce. Nie mogę znieść słów pana, który grał Piłata, z którymi się nie zgadzam, ale tchórzostwo nie pozwoliło mi się odezwać. Wtem poruszony temat Helli. Nagle proszę o głos. Spojrzenia wszystkich na mnie. Przez chwilę czuję satysfakcję, ale jak musiałem coś już powiedzieć, bo przecież się zgłosiłem, to mnie przytkało. Jednak tchórzostwo zostało pokonane! Kiedy przekroczyłem tę barierę, już nic i nikt nie mogło mnie powstrzymać. Powiedziałem o bardzo niepopularnej kwestii czystości. Na sali rozległ się śmiech. Gdy skończyłem mówić, nauczycielka sprowokowała oklaski. To był najgorszy moment. Za co te oklaski? Przecież przed chwilą był śmiech i pogarda! Wtedy przypomniałem sobie słowa Gombrowicza z "Ferdydurke" rozdział "Filibert dzieckiem podszyty", o tym, że mimo idiotycznych wydarzeń na korcie tenisowym co chwila rozlegał się aplauz. Popełniłem społeczne samobójstwo, ukazałem siebie jako niepopularnego, innego. Tego właśnie chciałem. Ale oklaski? Wolałbym gwizdy i obelgi! Nie OBŁUDNE oklaski. Myślę, że przy najgorszych ludzkich ułomnościach obok tchórzostwa można postawić właśnie obłudę. Kwiaty były, bo mają być. Pytania, odpowiedzi standardowe, polityka, synek pana aktora, który grał Piłata. Nasza nauczycielka. Wreszcie nawet w swojej postawie znalazłem obłudę. Sztuczność, pozowanie, udawanie i to co mnie najbardziej razi - sztuczny uśmiech. Wolę smutek niż sztuczny uśmiech. To już nie było przedstawienie, a uśmiech nadal był sztuczny. Może przesadzam, tworzę hiperbolę, może jestem przewrażliwiony ale to mnie najbardziej poraża. Dlatego nie chciałem tego spotkania. Z drugiej strony jednak było ono dla mnie bardzo dobre i przekroczyłem na nim barierę strachu, tchórzostwa. Denerwuje mnie tylko moja pycha. Wyniosłość wewnętrzna nad kolegami, którzy patrzyli na tyłek Helli. Nad kolegami, którzy nie rozumieli nic. Nad Krzyśkiem - synem pana "Piłata", który pozował (mimo iż mam zbliżone z nim poglądy polityczne", nad panem "Piłatem", który mylił pojęcia, nad moją nauczycielką, która chciała żeby dobrze wyszło, nad słowami słodzącymi aktorom, Panu, nam i nauczycielce i nad jak myślę zdemaskowanym we mnie przeze mnie wymuszonym uśmiechem pani "Małgorzaty" (obym się mylił, że był on wymuszony). Do innych aktorów nie nabrałem relacji, bo nie chciałem się z nimi bra...tać. Tylko nie mogłem się wynieść nad aktorkę grającą Hellę - siedzącą w tym rzędzie co ja i słuchającą dyskusji. To milczenie, ta bezbronność właśnie mnie rozbroiły. Lepiej wyglądała w ubraniu, niż na scenie. Mogłem na nią spojrzeć normalnie - jak się patrzy na kobietę ładną. I to milczenie, które nie było tchórzostwem. Dla mnie było ono wyrazem swojego zdania. Konsekwencją granej roli. Milcząca Hella zeszła ze sceny i milczała. I tylko jedno słowo "dziękuję" od niej usłyszałem, gdy wstałem z miejsca, żeby mogła przejść do wyjścia. Słowo nie nieuniknione, proste, ubogie i bogate jednocześnie.

Nie mogłem też wynieść się nad człowieka z taką historią jak Pan. Szanowałem Pana za to jak Pan siedział, jak mówił i co mówił. Nie mogłem znieść ziewania i nudy wśród uczniów oraz udawanego zainteresowania tematem między aktorami, którzy jeszcze byli. Nie chcę, żeby wyglądało to jak jakieś "włazidupstwo", ale do Pana z tego spotkania wyniosłem szacunek za szczerość. Tak jak jedynym nauczycielem w szkole, który jest dla mnie autorytetem (mimo jej wad) jest ta obecna na przedstawieniu, tak wczoraj jedyną osobą której słuchałem i przyznawałem rację wczoraj był Pan, bo Pan nie udawał (chyba, że dałem się nabrać).

Dziękuję jeśli Pan doczytał aż tutaj i nie zasnął. Przepraszam za błędy ortograficzne, językowe, kompozycyjne i stylistyczne (nie wiem z o Pan razi, a co nie więc na wszelki wypadek przepraszam), i w miarę możliwości proszę odpisać mi co Pan myśli o moim dramaciku. Proszę odpisać nawet cokolwiek, żebym nie pomyślał, że Pan mnie olał - chyba że wczorajsze słowa były rzucone na wiatr.

Dziękuję!
Franek

 


 

Renata

Drogi Panie Reżyserze,

proszę wybaczyć tę nadmierną może poufałość (w stylu regenta chóru cerkiewnego?), ale nie mogę powstrzymać się od napisania do Pana. Zanim mój "rękopis" spłonie w otchłani cybernetycznej, proszę przeczytać go do końca. A zatem od początku.

Na początku - jak wiadomo - było słowo. To jasne. Ale - paradoksalnie - u mnie było akurat odwrotnie. Najpierw jako młoda studentka polonistyki w Bydgoszczy poznałam Pańską wizję zdarzeń (biblijnych i nie tylko). Do dziś pamiętam cierpiącego na hemicranię p. Fryźlewicza, pełnego wewnętrznej siły i dostojeństwa p. Gramzińskiego oraz niesamowicie zwinnego (mimo "puszystości") Behemota - p. Piasecką. Słowo było dopiero potem. Pańska adaptacja wręcz zmusiła mnie do przeczytania powieści. Połknęłam ją jednym haustem, jak Woland wódkę u Lichodiejewa, z tą różnicą, że ja zakąsiłam wszelkiej maści opracowaniami wyjaśniającymi ogromną ilość aluzji i odniesień.

Drzwi do tego samego tajemniczego ogrodu otworzyły się znienacka trochę później, kiedy pozwolono nam - w ramach zajęć teatrologii - uczestniczyć w próbach w Teatrze Polskim. Jak Pan myśli, na co trafiłam? Przygotowywał Pan, rzecz jasna, "Mistrza i Małgorzatę". Nie mogłam odmówić sobie obejrzenia rezultatu wysiłków reżysera, aktorów i innych pracowników teatru i...- jak wszyscy - biłam brawo na stojąco.

Co dalej? Tempus fugit...,więc skończyłam studia i rozpaliłam moje ognisko domowe na wsi, której zalety tak zachwalał Kochanowski, a którą ja chętnie wysłałabym na Sołowki (po uprzedniej personifikacji, oczywiście).

Miłość do teatru pozostała. Zabierałam moje dzieci - tak mówię o uczniach - do Łodzi i do Poznania. Zawsze chciałam pokazać moim gimnazjalistom Bułhakowa, ale bałam się, że nie zrozumieją, że to dla nich za trudne, że nie będą umieli się zachować(gdzie gęsiom ze wsi do sztuki przez duże S - myślałam). Tymczasem...

W październiku odkryłam, buszując w Internecie, że w Nowym w Łodzi jest "moja" sztuka.

I nie wyobraża sobie Pan, ile radości dało mi drugie odkrycie - Pańskie nazwisko obok wyrazu "reżyser". Poczułam się, jakbym odnalazła przyjaciela, którego dawno nie widziałam, a który tyle mi dał, nie wiedząc nawet o tym.

Uparłam się więc, a upór kobiety jest nie do pokonania (o czym świadczy również przykład Małgorzaty) i .... udało się.

16 listopada obejrzałam wraz z moimi "gąskami", które nota bene zachowały się o wiele lepiej niż "kulturalna" młodzież z miasta, Pańską sztukę. I co? - mógłby Pan zapytać.

Magia nadal trwa. Dzięki Panu - przede wszystkim - i trochę dzięki mnie zatacza coraz szersze kręgi. Moi uczniowie oglądają w Internecie zdjęcia ze spektaklu, rozmawiają za mną, prosząc o wyjaśnienie niektórych wątków czy symboli i - co najważniejsze - proszą o zorganizowanie im kolejnej wycieczki do teatru. Mam nadzieję, że postać, "która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro", postać "filozofa głoszącego pokój" (ale nie tylko te) zapadną im tak głęboko w serce, iż ...

Może lepiej nie kończyć? "The rest is silence"

Z poważaniem
Renata

P.S. Czytam powieść po raz 5. i - jak myślę - nie ostatni. A Pańską adaptację podziwiałam po raz 3. i - mam nadzieję - też nie ostatni.

 


 

Malwina

Witam! Byłam dzisiaj drugi raz na "MISTRZU I MAŁGORZACIE"(pierwszy raz chyba trzy lata temu) i znowu było cudownie, cieszę się też, że na Waszej stronie można zobaczyć tyle zdjęć z przedstawienia - szkoda że dzisiaj zabrakło Anny Majcher jako Behemota- czy to jednorazowa zmiana i czy można będzie znowu ją zobaczyć w tej roli? Bardzo chciałabym też dowiedzieć się czegoś więcej o Przemysławie Wasilkowskim - czyli charyzmatycznym Wolandzie - kiedy dokładnie się urodził? (wiem tylko że w 1968 roku) i czy gra na stałe w Teatrze Nowym, czy tylko gościnnie? Będę wdzięczna za te informacje, gorąco pozdrawiam - Malwina.

 


 

Zbigniew

Byłem właśnie po raz drugi na spektaklu Mistrz i Małgorzata. Po raz drugi zachwycony i poruszony. Jednak tym razem poza wzruszaniem się sztuką, która znakomicie porusza wątki najważniejsze dla powieści, a przy tym rzeczywiście oddaje ducha (fe! - fatalna, funeralna fraza), więc inaczej: wydobywa to, co dla Bułhakowa najistotniejsze - sięgnąłem do programu i odkryłem, że reżyserem spektaklu jest Pan.

Poznałem Pana poprzez teksty, które zamieściłem w Sokole Jaworznickim i na stronie www.obywatelskie.jaworzno.pl dzięki Pawłowi Sarnie, z którym współpracowałem (w wakacje się ożenił i tak mocno "wdepnął w małżeństwo, że się ostatnio nie odzywa).

Chciałbym zamieścić Pana artykuł Teatr Mistrza i Małgorzaty na stronie OJ wraz z informacją o spektaklu (niestety portal prowadzony jest non profit, zatem nie deklaruję wynagrodzenia).

z ogromną sympatią i poważaniem,
Zbigniew

 


 

Justyna

Panie Marczewski!

Miałam przyjemność 21 grudnia obejrzeć Pana spektakl pt. " Mistrz i Małgorzata", w związku, z czym chciałabym podzielić się moimi refleksjami na temat tej sztuki. Przyznaję Panu rację, że nie łatwo jest powiedzieć coś konkretnego zaraz po obejrzeniu "Mistrza i Małgorzaty", chociażby przez towarzyszący natłok wrażeń i emocji - bez wątpliwości bardzo silnych, lecz nie zmienia to faktu, że jest to dzieło doskonałe. Jechałam do Łodzi ze świadomością, że naprawdę warto zobaczyć ten spektakl, mimo to nie spodziewałam się, że wywrze na mnie aż takie wrażenie. Aktorzy, którzy wspaniale oddają charakter bohaterów Bułhakowa, charyzmatyczne postaci, kreowane w bardzo ciekawy sposób, gra sceniczna, efekty, ścieżka dźwiękowa - te wszystkie elementy współgrały ze sobą przynosząc świetne rezultaty. Także miejsca w pierwszym rzędzie maja swój urok, zdecydowanie zbliża to człowieka do rozgrywających się scen, sytuacji... Zastanawiałyśmy się, wspólnie z koleżanką, nad rozwinięciem sceny, w której Mistrz i Małgorzata spotykają się po raz pierwszy, poznają się. Szczerze mówiąc brakowało nam nieco ..tych żółtych kwiatów w dłoniach Małgorzaty, może to drobiazg, ale mimo wszystko dosyć wdzięczny i romantyczny. To, powiedzmy, nasze skromne zdanie, ale całe ujęcie spotkania bohaterów było oczywiście ciekawe.

Chętnie zobaczę te sztukę ponownie, bo szczerze ją pokochałam. Nigdy dotąd nie widziałam takiego mistrzostwa, naprawdę stworzył Pan coś wielkiego. Ponadto miło jest posłuchać kogoś, kto opowiada o Bułhakowie i jego powieści z takim zaangażowaniem i pasją (nawiązuję tutaj do Pana spotkania z widzami). Dzisiaj brakuje takich ludzi, ludzi, którzy rzeczywiście pasjonują się tym, co robią i potrafią tą pasją podzielić się z innymi. Widać jak dużo pracy i serca włożył Pan w ten spektakl, za co i ja dziękuję.

Korzystając z okazji życzę radosnych i wspaniałych Świąt!
Justyna

 


 

Agnieszka

No to po prostu już mi brak słów na to, co on robi... Takiego idioty to jeszcze nie widziałam... Nie dość, że chce zdjąć większość moich ulubionych spektakli, to chce zwolnić też niektórych moich ulubionych aktorów... Co on zamierza wystawiać w tym teatrze, skoro chce zdjąć sporo spektakli??? I kto mu będzie występował, skoro swoją decyzją o zwolnieniu tylu aktorów rozwala cały zespół aktorski??? Ja i znajomi mamy za cel obronić spektakl "Mistrz i Małgorzata", bo jest naprawdę rewelacyjny i nie wyobrażamy sobie tego teatru bez "Mistrza i Małgorzaty", ale ktoś rzucił pomysł, żeby powalczyć też o inne spektakle...

Wiem, że 6 maja prawdopodobnie ma się w teatrze "objawić" dyrektor Brzoza, to może uda mi się z nim chwilę porozmawiać... Jak już będą znane terminy prób, to proszę dać znać.

Pozdrawiam,
Agnieszka

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link