Teatr Mistrza i Małgorzaty - Andrzej Maria Marczewski

Dwadzieścia trzy lata po swojej pamiętnej, polskiej prapremierze teatralnej "Mistrza i Małgorzaty" Michała Bułhakowa stoję znowu przed czarną, magiczną przestrzenią pustej, wspaniałej sceny teatralnej i rozmawiam z aktorami o tym, co jest dzisiaj możliwe do wyinterpretowania z tej metafizycznej książki, którą pokochały miliony ludzi na całym świecie. Mówimy o naszych odczuciach, emocjach z nią związanych, przesłaniu które dzisiaj niesie. W tym spektaklu zagrają również ci, którzy dopiero urodzili się w owym trudnym i niezwykłym roku 1980 -tym. Wtedy, w marcu, na miesiąc przed zaprezentowaniem po raz pierwszy polskiej publiczności swojej adaptacji, pełnej wersji książki w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, a przypomnijmy ku pamięci potomnych, że w księgarniach sprzedawano wówczas mocno okrojoną przez cenzurę niepełną wersję powieści, mając już gotowy swój spektakl odwiedziłem Moskwę, pragnąc odnależć wszystkie miejsca związane z akcją "powieści życia" Bułhakowa. Nie było wtedy internetu, ani stron Bułhakowa zawierających wszystkie możliwe interpretacje, rysunki, zdjęcia, czy mapki miejsc akcji. W tamtych czasach o Bułhakowie w Moskwie nie mówiło się wiele, "Mistrza i Małgorzatę" grano jedynie w słynnym Teatrze Jurija Lubimowa na Tagance, gdzie póżniej występował w swoim "Hamlecie" Wołodia Wysocki. Pozostawało mi jedynie liczyć na szczęście, czyli znależć zauroczonego książką przewodnika, zaliczającego się do międzynarodowej grupy fanów Bułhakowa. Ponieważ nic nie dzieje się z przypadku i "wszystko jest tak jak być powinno", prowadzony przez młodą poetessę, równie jak ja zakochaną w Bułhakowie ruszyłem w miasto. I oto z bijącym sercem na końcu Małej Bronnej skręcam na ośnieżone Patriarsze Prudy. To tutaj właśnie Berlioz dowodził Iwanowi Bezdomnemu, że Jezus nigdy nie istniał, właśnie tutaj rozegrał się dialog umieszczony tylko w szóstej redakcji powieści, wyjęty z jej kanonicznego wydania.

- Jak widzę, pan go kocha - powiedział Berlioz

- Kogo?

- Jezusa.

- Ja?- spytał nieznajomy i zakaszlał.

- Tylko, widzi pan, w Ewangeliach cała ta legenda opisana jest zupełnie inaczej.

Woland uśmiechnął się. -Raczy pan żartować. To śmieszne żeby nawet mówić o Ewangeliach, skoro ja to panu opowiedziałem. Ja wiem lepiej.

- No to niech pan sam napisze Ewangelię- opryskliwie poradził Iwanuszka.

Nieznajomy roześmiał się wesoło i rzekł:

- Wspaniała myśl! Nie przyszło mi to do głowy. Ewangelia według mnie.

Patriarsze Prudy sa ciche. Tafla jeziora zamarznięta. Wysokie, stare drzewa okalające alejki pewnie jeszcze pamiętają to wydarzenie, choć minęło już pół wieku. Kamienne ławki są z póżniejszego okresu. Panuje dziwna cisza. Śladem Berlioza wychodzę przez kamienną bramę, tutaj zakręcała linia tramwajowa, stał odgradzający ją kołowrót, o który Annuszka rozbiła olej słonecznikowy, a wtedy Berlioz poślizgnął się i pojechał na szyny.

"I wtedy w mózgu Berlioza ktos rozpaczliwie krzyknał: A jednak! Raz jeszcze, ostatni raz, mignął księżyc, ale rozlatujący się na kawałki, potem zapanowała ciemność. Tramwaj najechał na Berlioza i na bruk pod sztachety Patriarszej alei wypadł okrągły, ciemny przedmiot. Przedmiot ten stoczył się na dół i podskoczył na kocich łbach jezdni. Była to odcięta głowa Berlioza".

Linię tramwajową skasowano, ale kocie łby pozostawiono, zachowały one pamięć o tym przedziwnym wydarzeniu.

Wychodzę na ulicę Gorkiego, dawniej Twerską, to tutaj gdzieś w pobliżu Mistrz spotkał pierwszy raz Małgorzatę. "Szły Twerską tysiące ludzi, ale zaręczam panu, że ona zobaczyła tylko mnie jednego i popatrzyła na mnie nie to, żeby z lękiem, ale jakoś tak boleśnie." W 1932 roku Bułhakow poznał Helenę Siergiejewnę, pierwowzór Małgorzaty, pobrali się i zamieszkali w kamienicy czynszowej, której już nie ma. Tam mieściło się znane z powieści, mieszkanko Mistrza z okienkami, wychodzącymi na ulicę nisko nad brukiem. W tym samym domu mieszkała również Cwietajewa, z którą się przyjażnił i Osip Mandelsztam. Był to więc dom niewygodny dla władz. Pośmiertna sława tych niezwykłych pisarzy, korowody czytelników przychodzących odwiedzić miejsca, w których żyli, spowodowały zamiast wmurowania okolicznościowych tablic upamiętniających to miejsce, zburzenie całej kamienicy, tak było bezpieczniej. Nie ma miejsca - nie ma też człowieka. A przecież rękopisy nie płoną. Ale o tym władze Moskwy najwyrażniej nie miały pojęcia. Plac Puszkina, bulwar Twerski i oto dom ciotki Gribojedowa, gdzie rozegrały się ostatnie przygody Behemota i Korowiowa.

Nie ma już wprawdzie drewnianej werandy i restauracji, do której trafił Iwan Bezdomny w kalesonach, ze świętym obrazkiem i świeczką szukając śladów Wolanda, ale mieści się tutaj Instytut Literacki imienia Gorkiego. Obok pusty placyk za żelaznym sztachetami i wielką bramą, przypomina o Teatrze Varietes, który tu właśnie się mieścił, a w którym to

Woland ze swoją świtą zademonstrował seans czarnej magii, wraz ze zdemaskowaniem.

Teatrzyk spłonął doszczętnie, jak większość miejsc zaszczyconych obecnością diabelskiej trupy. I oto dochodzimy do Sadowej 10 (to słynna Sadowa 302a z powieści). Z podwórza klatką schodową wchodzę na czwarte piętro, mieszkanie numer 50 majaczy na samej górze. Tutaj mieszkał Woland po wyrzuceniu Lichodiejewa do Jałty, tędy wylatywali z dziwnego mieszkania Popławski i Fokicz, to te drzwi otwierała naga Hella myląc laski, szpady i kapelusze, tutaj wreszcie odbył się słynny Bal u szatana, na który wybrał się po raz ostatni w życiu, donosiciel i szpicel baron Meigel. Cisza, skrzypienie schodów, małe okienko jaśniejące na półpiętrze. Po dziesięciu latach pojawią się na ścianach klatki schodowej napisy - Woland wróć! Po następnych kilku, w mieszkaniu powstanie Muzeum Bułhakowa, którym opiekuje się do dzisiaj Marietta Czudakowa, najbardziej zasłużona dla uporządkowania spuścizny literackiej Buhakowa, nazywana nawet familijnie jego czwartą żoną.. Z Sadowej pod dawny dom Paszkowa, gdzie mieściło się muzeum Rumiancewa - teraz to siedziba biblioteki imienia Lenina, która skrywała również archiwum Bułhakowa, tak dokładnie, że nawet naukowcy nie mieli prawa korzystać z niego. Cała twórczość, po jego śmierci, została głęboko utajniona i pogrzebana, okazało się na szczęście, że nie na długo. Rękopisy bowiem nie płoną, i o tym już wszyscy wiemy. Na tarasie domu Paszkowa Woland rozmawiał z Mateuszem Lewitą o dalszych losach Mistrza i Małgorzaty. W wersji ostatniej Mateusz przybywa tu z prośbą Jeszui, aby Woland zabrał Mistrza do siebie i w nagrodę obdarzył go spokojem. Nie jest to polecenie, a jedynie prośba. Nawet diabeł u Bułhakowa ma wolną wolę.

I Woland odpowiada:

"Możesz powiedzieć, że zostanie to zrobione".

Wolnym jest ten kto czyni dobro.

W wersji wcześniejszej Woland rozmawia o tym z Mistrzem:

"- Otrzymałem co do pana dyspozycję. Nadzwyczaj przyjemną. W ogóle mogę panu pogratulować. Odniósł pan sukces. Tak więc, kazano mi...

- Czyż panu można kazać?

- O tak, kazano mi zanieść pana..."

W tym momencie wcześniejsza wersja rozstrzygnięcia losów Mistrza urywa się. Diabłu kazano -diabeł wykona. Wykona polecenie z przyjemnością.

I wreszcie Worobiowe Góry, piękny widok na leżącą w dole Moskwę, ośnieżone stoki, drzewa, rzeka Moskwa u stóp. Tutaj Woland żegnał się z Mistrzem i Małgorzatą, tutaj oni żegnali się z ziemskim losem:

"Na zawsze!... Zrozumże to -wyszeptał Mistrz. Zaczął uważnie przysłuchiwać się wszystkiemu, co działo się w jego duszy. Wydało mu się, że podniecenie minęło, przekształciło się w poczucie wielkiej, śmiertelnej krzywdy, ale i ono było nietrwałe, przeminęło, zastąpiła je nie wiedzieć czemu wyniosła obojętność, a tę z kolei - przeczucie wiekuistego spokoju."

"Ogarnął mnie smutek przed daleką drogą- powiedziała Małgorzata- Prawda, messer, że taki smutek jest czymś naturalnym nawet wtedy, kiedy człowiek wie, że u kresu tej drogi czeka go szczęście?"

Następnego dnia wybrałem się do Muzeum MCHATu. Pani Galina Panfiłowa, kustoszka zakochana w Bułhakowie jak ja, przynosi ukradkiem półprywatne zbiory przekazane na lepsze czasy. Oficjalne archiwum Bułhakowa jest niedostępne, trzeba mieć zgodę Ministerstwa Kultury. Otrzymuję ją po trzech dniach czekania, mała teczka kryje w sobie listy Bułhakowa do Stanisławskiego z okresu realizowania w MCHAT-cie "Moliera". Ostre ingerencje cenzury z jednej strony i upór Stanisławskiego z drugiej, żeby doprowadzić jednak sztukę do premiery, nawet w okrojonej wersji, wywołały ostre protesty Bułhakowa, który nie chciał się zgodzić na wariant wypaczający myśl dzieła.

Ta walka autora z reżyserem na listy, w obronie godności artysty, zakończyła się wygraną aparatu cenzury, która do premiery "Moliera" po kilku latach podchodów Stanisławskiego i zdesperowanych, kontynuowanych prób na co raz bardziej zmasakrowanym tekście sztuki, w końcu zwyczajnie nie dopuściła. W listach Bułhakowa do Stanisławskiego odbija się groza zdziczałego świata, w którym najwięksi nawet artyści nie decydowali o losie swych dzieł, świata, z którym tak wspaniale, autoironicznie rozliczył się w swojej niedokończonej "Powieści teatralnej". Mógł jedynie i aż jedynie pisać. Do szuflady.

A przecież miał już za sobą sceniczny sukces "Dni Turbinów" w MCHAT-cie i ostre publiczne polemiki z krytykami, wytykającymi mu ukrywaną "wrogość klasową".

Pisał o losie artysty piętnującego obłudę i zło, którym zawsze towarzyszą szelmy dworzanie gotowi- słowami Hercena- "brać przeciwnika nie kijem to pałką, nie krytyką to donosem"- a powtarzano ciągle i zaciekle w kuluarach że Bułhakow szkaluje radziecką literaturę.

Na jednej z publicznych dyskusji na temat: "Lubow Jarowaja kontra Dni Turbinów",

Bułhakow wstał i wskazując ręką najbardziej zajadliwego krytyka wykrzyczał: "Jestem rad, że w końcu pana zobaczyłem! Dlaczego muszę wysłuchiwać o sobie tych niestworzonych bredni? I mówi się je tysiącom ludzi, a ja powinienem milczeć i nie mogę nawet się bronić! Cóż to za sąd? Ja mam publiczność-to są moi sędziowie, nie wy! Ale to wy sądzicie! I piszecie na cały kraj, a spektakl idzie tylko w Moskwie, w jednym teatrze! Ci, którzy nie widzieli mojej sztuki myślą o mnie to, co powypisujecie! A wy piszecie o niej nieprawdę! Fałszujecie moje myśli! Przekręcacie moje słowa! Wreszcie zobaczyłem choć raz, jak pan wygląda! Dzięki i za to! Nisko się kłaniam! Serdeczne dzięki!"

Ciągle poruszony, z poczerwieniałą twarzą zniknął, machając na koniec ręką. W sali królowało milczenie. Ani braw, ani najmniejszego dżwięku. Dziwna cisza, którą jakoś niezręcznie było przerywać.

W Muzeum MCHATu można obejrzeć fotograficzne dokumentacje spektakli Bułhakowa tu zrealizowanych, album zdjęć rodzinnych z jego młodości. Oto dziadek -bohater noweli "Psie serce", ojciec białogwardzista-bohater "Białej Gwardii", syn Heleny który zmarł na atak serca po trzech zawałach. Są też ostatnie zdjęcia Bułhakowa z 1940 roku, robione w czasie śmiertelnej choroby, która wyostrzyła mu rysy i zmieniła wyraz twarzy. Na ścianie wisi maska pośmiertna, obok tablica z fotografiami pierwszej inscenizacji "Dni Turbinów" z 1926 roku, tej inscenizacji, którą Stalin oglądał szesnaście razy, aby wypowiedzieć pamiętne słowa, że: "autor nie ponosi winy za sukces sztuki".

W połowie lat trzydziestych rozgłos wokół Bułhakowa ucichł ostatecznie. Było tak cicho, że chciało się krzyczeć. Jeżeli nawet pojawiały się wzmianki o im, to tylko w programach teatralnych "Dni Turbinów". W artykułach i przeglądach poświęconych kolejnym jubileuszom MCHATu, w prospektach i broszurach, wywiadach, odczytach i informacjach na ten temat, imienia Bułhakowa nie wymieniano. Ani jednego słówka o Nim... Zmowa milczenia. Jakby Go, dosłownie, nie było. Jakby nie było Go nigdy.

W 1928 roku powstaje pierwszy wariant powieści, zatytułowany "Konsultant z kopytem" - czytał go przyjaciołom.

W 1929 roku- w dwóch pierwszych redakcjach nie ma jeszcze Mistrza ani Małgorzaty... nie ma również powieści o Jeszui i Piłacie, jest jedynie "Ewangelia według diabła"- od początku do końca opowiedziana w pierwszych rozdziałach przez Wolanda Iwanowi i Berliozowi.

1930 rok- "Osobiście własnymi rękami wrzuciłem do pieca brulion powieści o diable".

1931. Próba powrotu do "powieści o diable". Pojawia się Małgorzata i jej na razie bezimienny towarzysz. W górnym rogu kartki ze szkicami "Odlotu Wolanda" można przeczytać napis: "Boże pomóż skończyć powieść.1931."

1933."Wstąpił we mnie diabeł... zacząłem bazgrolić strona po stronie od nowa tamtą moją zniszczoną trzy lata temu powieść. Po co? Nie wiem".

1934.Czerwiec- "Oj dużo mam roboty, ale w mojej głowie ciągle krąży Małgorzata, kot, przeloty.." W pażdzierniku Bułhakow kończy pracę nad pierwszą,. pełną wersją powieści. Ma ona trzydzieści siedem rozdziałów. Na marginesie jednej ze stron brulionu zachował się dopisek "Skończyć, zanim umrę".

1936. Na letnisku w Zagoriance pisze finałowy rozdział powieści "Ostatni lot". Na karcie tytułowej pojawia się nagłówek "Książę ciemności" i daty: 1928-1937". Trzynaście rozdziałów tworzy piątą redakcję, która pozostaje w stanie nie ukończonym. Jesienią 1937 powieść była rozpoczęta od nowa. Na karcie tytułowej ukazał się tytuł "Mistrz i Małgorzata".

"Nocą -Piłat. Ach, co to za trudny, zawikłany materiał". "Piszę szósty rozdział". "Nie mogę na jeden dzień oderwać się od powieści. Dzisiaj zaczynam ósmy rozdział".

"Dyktuję rozdział dwudziesty pierwszy. Ta powieść to mój grób. Wszystko już przemyślałem, wszystko jest jasne". Z listu do żony Heleny Siergiejewny: "Co będzie ?-pytasz. Nie wiem. Prawdopodobnie ułożysz ją w biurku czy w szafie (...) i czasem będziesz sobie o niej przypominać. Zresztą nie znamy swojej przyszłości. Osądu tej rzeczy już dokonałem, więc, jeżeli uda mi się jeszcze trochę poprawić koniec, będę uważał, że rzecz zasługuje na korektę i na to żeby ją złożyć w mrokach szuflady.

Teraz interesuje mnie twoje zdanie, czy uda mi się poznać zdanie czytelników, tego nikt nie wie."

24 VI. Zakończono przepisywanie- a koniec powieści był ten sam co w ostatecznym tekście.

1940. Z dziennika Heleny Siergiejewny: "W ostatnich dniach żyjemy cicho, mało kto przychodzi, dzwoni. Misza poprawiał powieść, ja pisałam.

13 lutego Bułhakow pracował jeszcze nad powieścią - chyba po raz ostatni... "Porobił jeszcze wstawki do pierwszej części- czytałam mu. Ale kiedy przeszliśmy do drugiej i zaczęłam czytać o pogrzebie Berlioza, zaczął poprawiać, a potem powiedział nagle- "No dobrze, chyba starczy".- Więcej już nie prosił mnie, żebym mu czytała".

Na książce "Fatalne jaja" napisał dedykację:" Tajemnemu przyjacielowi, który stał się jawnym, żonie mojej, Helenie Siergiejewnie Bułhakowej: Ty dokonasz ze mną mego ostatniego lotu".

Olga Bokszańska w swoim dzienniku zanotowała: "Ostatnie dni były nieprzerwanym pasmem wielkiego cierpienia. Chory zupełnie oślepł, wychudł, najmniejsze poruszenie sprawiało mu ból. Zrobiono mu ostatnie zdjęcia i rysunki. Żona obiecała, że opublikuje "Mistrza i Małgorzatę"- a on- jak zapisała - słuchał dość przytomnie i uważnie, a potem powiedział "żeby wiedzieli... żeby wiedzieli". Miał też, według zapisu pielęgniarki, szeptać dziwne słowa "donkij chot", w których domyślano się "Don Kichota", tak zdawał się resztką sił poświadczać swą ostatnią autokreację, odpowiadającą wrażeniom tych, którzy go na łożu śmierci oglądali, i tak żegnał się ze światem swoich bohaterów, odprowadzany do innego świata przez niedorzeczny zapis, jak błazeński grymas istnienia. Niektórzy twierdzą, że wypowiedział i inne słowa, może skierowane ku Bogu.Miały to być słowa: "Prosti mienia ,prijmi mienia".

Umarł dziesiątego marca po południu, za dwadzieścia piąta. Po bardzo silnych cierpieniach, znoszonych w ostatnim okresie choroby, dzień jego śmierci był cichy i spokojny. Gdzieś o czwartej Helena Siergiejewna weszła do jego pokoju z ich bliskim przyjacielem, który właśnie o tej porze przyjechał. I znów jego sen był tak spokojny, oddech tak miarowy i głęboki, że pomyślała- że to cud (przez cały czas oczekiwała od niego, od jego niezwykłej natury cudu ),że przezwycięży kryzys, że zwycięży chorobę i zacznie przychodzić do zdrowia. Spał tak w dalszym ciągu, gdzieś o wpół do piątej po twarzy przebiegł mu lekki dreszcz, jakoś tak zazgrzytał zębami, a potem słychać było znowu miarowy, coraz słabszy oddech, bardzo cicho odeszło od niego życie.

Siergiej Jermoliński o Michale Bułhakowie:

"10 marca o czwartej po południu Bułhakow umarł. Następnego ranka, a może jeszcze w ten sam dzień, nie pamiętam dokładnie- zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę. Dzwonił sekretariat Stalina. Głos zapytał: czy to prawda, że towarzysz Bułhakow umarł?- Tak umarł. W milczeniu odłożono słuchawkę. Mnóstwo ludzi przybywało do mieszkania. Najmniej było literatów. Gdy wieziono Bułhakowa do krematorium, wstąpiono do MCHAT-u. Cały zespół oczekiwał go przed wejściem. Następnie skierowano się w stronę Teatru Wielkiego- tam pośród kolumn stał tłum, także czekali. Nie wiedział, jak wielu ludzi przyszło go odprowadzić."

W Muzeum MCHAT-u od wtajemniczonej kustoszki dostaję zastrzeżony telefon do Ljubow Biełozierskiej-Bułhakowej, drugiej żony pisarza. Dzwonię. Mieszka na Pirogowskim Prospekcie, umawiamy się na jutro.

Bułhakow został pochowany na Nowodziewiczym cmentarzu. Chcę złożyć kwiaty, okazuje się, że cmentarz jest zamknięty dla zwiedzających, podobno żeby uniknąć aktów wandalizmu, leżą tam Mikołaj Gogol, Antoni Czechow, Aleksander Skriabin, Konstanty Stanisławski. Żeby wejść, trzeba mieć przepustkę, załatwiam ją w Ministerstwie Kultury i nawet się specjalnie nie dziwię, żeby nie wywołać nadmiernego zainteresowania.

Odgarniam śnieg z prostego, owalnego kamienia, na którym wyryto: "Pisarz, Michaił Afanasjewicz Bułhakow 1891-1940, a niżej: Helena Siergiejewna-Bułhakowa 1891-1970". Naprzeciw ich skromnego kamienia, po drugiej stronie wąziutkiej ścieżki pyszni się trzymetrowa płyta Stanisławskiego. Przekorny los i tym razem zakpił z ziemskich emocji protagonistów.

Bolszaja Pirogowskaja 35a, czynszowa kamienica, a w niej, w suterenie mały pokoik, w którym mieszka Ljubow Biełozierska, jakże podobny do mieszkania Mistrza opisywanego w powieści. Biurko z charakterystyczną lampą, regały z mnóstwem książek, wielojęzyczne przekłady dzieł Bułhakowa, afisz londyńskiej realizacji "Moliera", maszynopisy sztuk, zdjęcia z domowego archiwum, rysunki z "Mistrza i Małgorzaty" tworzone przez młodych fanów powieści, i trzy wielkie koty snujące się leniwie po pokoiku. Wśród tego wszystkiego Ona, drobniutka, siwa o pięknych rysach twarzy, zadziwiającej sprawności umysłu, precyzyjnie odtwarzająca odległe fakty i wydarzenia.

Kiedy proszę Ją, żeby opowiedziała mi o początkach pracy nad "Mistrzem i Małgorzatą", sięga do swoich notatek, przekształconych następnie w książkę "O, mied wospominanij" wydaną w 1979 r. w amerykańskim Michigan, zakłada okulary i zaczyna opowieść, której nie można zapomnieć, i którą noszę w sobie od tamtej pory. A kiedy proszę żeby przeczytała fragment powieści, który uważa za kluczowy i najważniejszy dla zrozumienia nastroju Bułhakowa, w którym tworzył, otwiera książkę w dobrze znanym sobie miejscu i po chwili czyta w niezwykłym skupieniu porażające słowa: "O, bogowie, o, bogowie moi! Jakże smutna jest wieczorna ziemia! Jakże tajemnicze są opary nad oparzeliskami!

Wie o tym ten, kto błądził w takich oparach, kto wiele cierpiał przed śmiercią, kto leciał ponad tą ziemią dżwigając ciężar ponad siły. Wie o tym ten, kto jest zmęczony. I bez żalu porzuca wtedy mglistą ziemię, jej bagniska i jej rzeki, ze spokojem w sercu powierza się śmierci, wie bowiem, że tylko ona przyniesie mu spokój".

Patrzy na mnie przenikliwie i dodaje:-"Takie słowa może napisać tylko człowiek, który rzeczywiście wierzy, że tylko śmierć może go wyzwolić, ale śmierć pojmowana jako zakończenie pewnego etapu życia, nie koniec wszystkiego... Kiedyś zacytował Nietzschego:" jeżeli życie ci się nie uda, pamiętaj, śmierć uda ci się zawsze. Popatrz jaki znakomity żart. Podejrzewałem zawsze, że śmierć jest przedłużeniem życia. Nie możemy sobie tylko wyobrazić, jak to przebiega. No i jak to przebiega? Nie myślę tutaj o życiu pozagrobowym, nie jestem popem, ani teozofem. Boże uchowaj. Ale pozwól że jednak zapytam: co będzie z nami po śmierci, skoro życie tutaj nie dało się ? Głupi Nietzsche.."- głęboko westchnął i zamilkł.

Tłumaczyłam mu wielokrotnie, że życie ma udane. Zawsze tak myślałam, nawet te czasy, w których żył, przez swoją pokrętność, pomagały tworzyć. Przede wszystkim, pisał jak człowiek wolny... A jego głos- pisarza, artysty, człowieka- przetrwał w swoim czystym tonie, nie zniekształcony, do końca. Myślę że ta książka, summa jego doświadczeń życiowych, powstała z konieczności rozliczenia się z własnym losem. Wiedział, że musi swoje życie wykorzystać do końca, rozliczyć się z nim, zanim przejdzie w inne wymiary.

Podarowano mu talent, czysty, krystaliczny, niezwykły, nie wolno mu było go zmarnować. Dlatego z taką pasją tworzył poszczególne wątki powieści, kreślił, odrzucał to, co nie było najwyższej próby, niszczył swoje dzieło w chwili załamania, ale natychmiast podejmował twórcze działania tam, gdzie je porzucił. Doskonale czuł że będzie to dzieło które da o nim świadectwo, które przechowa dla następców jego myśli i kodeks wartości, któremu był wierny. Kiedyś, zupełnie nieoczekiwanie przerwał pisanie, odłożył brulion i spojrzał na mnie: - "Wolny jest ten, kto czyni dobro!".

Nie wiedziałam co odpowiedzieć, chociaż zdawałam sobie sprawę, co tworzy i jakie to dla niego ważne, nawet jeżeli przez ćwierć wieku nie dotrze do czytelników; to musiało zostać napisane i właśnie przez niego.

Na końcu powieści Mistrz uwalnia Piłata słowami: "Jesteś wolny, jesteś wolny! On czeka na ciebie!" Myślę, że i sam Misza tego dostąpił, bo nikt bardziej od niego na to nie zasługiwał.

Jego powieść próbuje wyznaczyć pole wolności człowieka, i nagle okazuje się, że wszyscy, zawsze jesteśmy wolni, tylko nie zawsze o tym wiemy.

Milczymy chwilę, przeglądam zdjęcia z domowego albumu, Ljubow wybiera jedno, portret Bułhakowa z 1928 roku, i na odwrocie pisze dedykację:" Dla dobrej pamięci- Andrzejowi Marczewskiemu -portret Michała Afanasjewicza Bułhakowa (1927-28) życząc powodzenia w realizacji twórczego zamysłu, Ljubow Biełozierska-Bułhakowa,

22 marca 1980r." Ten twórczy zamysł to realizacja polskiej prapremiery pełnej wersji "Mistrza i Małgorzaty" przed którą stoję. Rozmowa zbacza na temat moskiewskiego spektaklu w Teatrze na Tagance, w reżyserii słynnego Jurija Lubimowa. Ljubow Biełozierska kręci głowa: "Co ja mogę powiedzieć o tym spektaklu? Jako widowisko jest interesujący, rozumie pan, co chcę przez to powiedzieć, natomiast co do wartości... nie ma w nim żadnej walki dobra ze złem, nie ma prześwietlenia całości wątkiem Chrystusa, sprawa Piłata przechodzi bez żadnego wrażenia, jako czysto literacka fabuła, rozumie pan? Być może jest to efekt działania cenzury.. a co było dla mnie wyjątkowo nieprzyjemne? W tym spektaklu nie ma Mistrza, jego poszukiwań, choroby, nie ma Kota, nie ma Małgorzaty...czytałam panu fragment powieści "O bogowie, o bogowie moi" - w nim Mistrz żegna się z życiem, to niezwykle ważny fragment, mądry, istotny- i on też nie istnieje w spektaklu, nie dociera do nikogo jego sens, ten spektakl jest pewną namiastką książki... a poza tym jeszcze sprawa muzyki, bardzo ostrej, hałaśliwej, agresywnej... wyobraziłam sobie, że oglądamy ten spektakl z Michałem Afanasjewiczem, a on miał zawsze skłonności do migreny, i wprost czułam, jakby się męczył atakowany tą ostrą muzyką, a pozbawiony tego, co mu było zawsze najdroższe- głębokiej myśli dzieła. Może jestem zbyt ostra, ale wydaje mi się że na scenie Taganki grają adaptację nie tej książki. Ci, którzy dobrze znają powieść, może zrozumieją coś ze spektaklu, może im się nawet spodoba, ale ci co nie czytali, nie dowiedzą się o niej niczego."

Żegnając się zapraszam Ljubow Biełozierską do Polski, na naszą realizację "Mistrza". Jest bardzo uradowana, cieszy się, dziękuje. Pięć lat trwały moje próby uzyskania dla Niej pozwolenia na przyjazd do naszego kraju, najpierw na spektakl w Wałbrzychu, potem w Płocku, bezskutecznie. Pozostały listy, w których dziękuje za pamięć i nie traci nadziei, że kiedyś wreszcie dostanie paszport i będzie mogła przyjechać.

W ambasadzie radzieckiej radca kulturalny bardzo zdziwił się, kiedy tłumaczyłem mu, jak bardzo zależy mi, aby ta ostatnia żyjąca osoba związana z Michałem Bułhakowem mogła zobaczyć teatralną adaptację dzieła, które powstawało przecież w jej obecności. Radca zasłaniał się podeszłym wiekiem Ljubow i przekonywał mnie że nikt u nich nie podejmie takiego ryzyka. I rzeczywiście nikt do końca nie podjął. Kilka lat póżniej będąc w Moskwie z całą dokumentacją płockiego spektaklu, trafiłem do szpitala, w którym leżała na jakieś grypowe powikłania. Rozjaśniła się na mój widok, z widoczną radością oglądała zdjęcia, program i plakat, przez moment znowu żyła Nim i Jego książką ,przełożoną na język sceny w niedalekim kraju.

Rozstając się powiedziałem:- Mimo wszystko wierzę, że się kiedyś jeszcze spotkamy, z Panią i Michałem Afanasjewiczem.

Uśmiechnęła się przepraszająco. Parę miesięcy póżniej umarła.

A ja nadal wierzę- że się jednak spotkamy.

Minęło od tego momentu sporo czasu, wyrosło nowe pokolenie młodych widzów traktujących "Mistrza i Małgorzatę" jako swoją książkę, stała się kultową i trafiła na pierwsze miejsce w rankingu czytelników, jako powieść XX wieku. Dzisiaj można podróżować śladami Mistrza i Małgorzaty po Moskwie w internecie, oglądać mapki miejsc, zdjęcia, opisy, komentarze, czytać analizy wszystkich postaci i miejsc akcji. Bułhakow przekroczył wszystkie granice, które były do przekroczenia, i stał się obywatelem świata, mimo że za życia nie pozwalano Mu wyjeżdżać z kraju.

Wszystko jest, jak być powinno, rękopisy rzeczywiście nie płoną i tylko nie wszyscy jeszcze do końca zrozumieli że Wolnym jest ten, kto czyni dobro.

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link