Dyskretny urok Autentyku - Janusz R. Kowalczyk

Poetyka teatru Andrzeja Marii Marczewskiego to przede wszystkim oryginalna koncepcja widowiska, ugruntowana dokładną wiedzą o materii przedmiotu, wsparta solidnym reżyserskim warsztatem i zawsze widocznym, szczerym zaangażowaniem aktorów. Podobnie jest z frapującym przedstawieniem "Teatr Brunona Schulza", które Marczewski pokazał podczas 3. Międzynarodowego Festiwalu Brunona Schulza w Drohobyczu.

Bogactwo plastycznej wyobraźni Schulza znalazło swój artystyczny ekwiwalent zarówno w jego intrygujących rysunkach, jak i w poetyckiej prozie o niezwykłej sile oddziaływania. Dowodzą tego zbiory opowiadań "Sklepy cynamonowe" i "Sanatorium pod Klepsydrą", jako niedościgłe przykłady mistrzowskiego posługiwania się pełną inwencji, barwną i żywą polszczyzną. Autor odmalował w nich mikro- i makrokosmos rodzinnego Drohobycza, galicyjskiego miasta, które po krótkiej koniunkturze związanej z eksploatacją pobliskich złóż ropy naftowej w okresie międzywojnia zatracało z wolna charakter metropolii.

Proza Schulza, harmonijnie łącząca w sobie niezwykłe treści z kunsztem formy, jest mocno nacechowana osobliwą urodą opisywanego świata - tej, jak to ujął Artur Sandauer, "rzeczywistości zdegradowanej", schyłkowej, odchodzącej w przeszłość. Tym większa zasługa Schulza, że dzięki rzadkiej pisarskiej pasji tak genialnie ją zobrazował.

Opowiadania drohobyczanina zawsze były łakomym kąskiem dla teatralnych i filmowych adaptatorów. O ile jednak dokonania prozatorskie autora "Republiki marzeń", na co dzień gimnazjalnego nauczyciela rysunku, mamy w żywej pamięci, o tyle ich sceniczne czy ekranowe wersje nie dostarczają na ogół tak przychylnych wrażeń. Sprowadzone do wizualnego konkretu jawią się zazwyczaj jako zubożona, blada kopia oryginału - za autorem chciałoby się dodać: Autentyku.

Andrzej Maria Marczewski należy do inscenizatorów cierpliwie ponawiających próby scenicznego sprostania wizji Schulza. Wytrwale poszukuje twórczych bodźców w jego utworach, wracając do nich podobnie jak do "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa. Powieść Rosjanina posiada jednak wartką, pełną nagłych zwrotów akcję, natomiast pełne malarskiego wdzięku opisy zawarte w książkach Schulza, acz pasjonujące w lekturze, ukonkretnione na scenie nie mają, niestety, równej siły wyrazu.

Wolna gra wyobraźni, tak fascynująca czytelnika w zapisie literackim, niekoniecznie sprawdza się w teatrze, który wymaga innych, bardziej emocjonalnych środków oddziaływania. Jak pokazać teatralnemu widzowi ów sugestywny świat prozy Schulza, żeby nie popaść w pułapkę tautologii? To bodaj największy problem, który stoi przed adaptatorem.

Podstawowa zasada to nie przedobrzyć, bo im prościej - przy tak rozbudowanym, kunsztownym języku opowieści - tym lepiej. Wtedy malowany słowem autonomiczny świat prozy Schulza ma szanse otworzyć się przed widzem. Takiego też, właściwego klucza, użył w swej inscenizacji Marczewski.

Szczególny nacisk położył, oczywiście, na właściwie podane słowo. Aktorzy wyczarowywali zadziwiające sytuacje, posługując się zwłaszcza tymi fragmentami opowieści, w której przeżycia głównego bohatera tajemniczo, by nie rzec: mistycznie, splatały się z losem autora. Wzbogacały je jeszcze wyimki z korespondencji, którą Schulz prowadził z Witkacym i Gombrowiczem, a dramaturgiczną ramę stanowiły wypowiedzi narratora, który unaocznił okoliczności tragicznej śmierci pisarza.

W pięknej, pełnej schulzowskich cytatów dekoracji, zawierającej pomocne w akcji rekwizyty, zmysłowo kołysząc biodrami przechadzały się ponętne kobiety. Józef-Bruno (Henryk Jóźwiak) w skulonej, wiernopoddańczej pozycji pełzał u stóp Adeli (Aurelia Sobczak), Pauliny (Barbara Misiun) czy Bianki (Monika Wenta), na wzór rysunkowych autoportretów autora. Aż dreszcz przebiegł po plecach, gdy Jóźwiak upodobnił się doń, niespodziewanie unosząc znad podłogi głowę, rzucając typowe spojrzenie, utrwalone jako logo tegorocznego "Hommage a Bruno Schulz" i zdobiące m.in. koszulki noszone przez uczestników festiwalu.

Nie zabrakło i innych motywów czyniących z drohobyckiego świata tak powabną "małą ojczyznę". Zanim Ojciec (rewelacyjny Jacek Mąka) swoim "Traktatem o manekinach" zdobył zainteresowanie pań, obsesyjnie wgłębiał się w ptasie obyczaje, pielęgnując ich gniazda i kontemplując jaja. Oddawał się temu całą duszą, jak i zgłębianiu tajemnicy Księgi, którą pieczołowicie przechowywał wraz... z czerwonym damskim pantoflem na wysokim obcasie.

I w tym skrócie myślowym Marczewski otarł się o genialność. Nic celniej nie charakteryzuje twórczości Schulza jak pojęciowa triada: Księga, kobieta, niespełnienie. W najszerszym znaczeniu tego ostatniego słowa.

Druga wielka scena tego przedstawienia wiąże się z prześmiewczym qui pro quo, kiedy rodzina z kart książki trafia do teatru. Zasiadłszy w ustawionym na scenie rzędzie foteli, z natężoną uwagą wpatruje się w... nas-widzów, którym taka zamiana ról zaczyna coraz bardziej ciążyć. Nie na darmo Tadeusz Kantor twierdził, że do teatru nie wchodzi się bezkarnie.

W planie komentarza do obserwowanych wydarzeń pojawiali się współcześni Schulzowi ludzie pióra. Bezkompromisowy Stanisław Ignacy Witkiewicz (Mariusz Pilawski), czyli Witkac, odkrył w jego artystycznych poczynaniach "sadyzm kobiecy połączony z męskim masochizmem". Równie bezwględnie ocenił tę twórczość Witold Gombrowicz (Waldemar Czyszak).

Występując jako Ja Gombro zaskakiwał szczerością: "Bruno, wielbiłeś mnie, a ja ciebie nie wielbiłem". Dodawał jednak, że nikt nie był hojniejszy od Brunona, który jego "Ferdydurce" poświęcił odczyt. Gombrowicz nie byłby jednak sobą, gdyby analiz duchowych pokrewieństw, a zwłaszcza dzielących ich różnic, z właściwym sobie egotycznym wdziękiem, nieodmiennie nie rozstrzygał na swoją korzyść.

Mądre, proste przedstawienie - świetnie zilustrowane muzycznie przez Jadwigę Andrzejewską, która na żywo wyczarowywała dźwięki z gongów i mis - znalazło sugestywny epilog daleko poza sceną. Aktorzy, sprawnie rozmontowawszy dekorację, ponieśli ją przez miasto niby procesyjne feretrony. Pochód w szybko zmierzchającym dniu, przy akompaniamencie szczekających w dali psów, zadudnił na trotuarach, z których co drugi mógłby się ubiegać o miano ulicy Krokodyli, przeciął rynek. Aktorzy, widzowie i przypadkowi przechodnie zatrzymali się w miejscu, w którym 19 listopada 1942 r. zginął Bruno Schulz.

Narrator zwany Ja-Bruno (Krzysztof Bartłomiejczyk) nakreślił okoliczności zastrzelenia artysty przez esesmana Karla Günthera. Był to odwet za śmierć, którą "jego" Żyd poniósł wcześniej z ręki Feliksa Landaua, podobnego "nadczłowieka", zatrudniającego Schulza do posług malarskich. Wstrząsająca rekonstrukcja tych wydarzeń wyrastała ponad estetyczno-rozumowy odbiór widowiska. Przenikała duszę. Jak Autentyk.


Janusz R. Kowalczyk
16.06.2008 r.

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link