Instrukcja obsługi spektaklu "Teatr Bruno Schulza" - Marie de Ratuld

Coraz trudniej nam dzisiaj, w epoce obowiązujących telenowel, gadu-gadu i alfabetu esemesów zrozumieć myśl zawartą w nieco bardziej skomplikowanych spektaklach. Myśl Twórcy właściwie przestała się liczyć na rynku medialnych komunikatów zastępujących bardziej wysublimowaną refleksję. Sztuka Wysoka spokojnie kona nie wydając z siebie żadnych artykułowanych odgłosów. Teatr jako taki żywi się (jak zawsze) przejściowymi modami zaprawionymi sokiem nihilizmu, szczyptą pogardy, autoagresji i seksualnej wariantowości. Ból, gwałt i seks odciskają się w zbiorowej wyobraźni aby wykreować przy okazji kilka sezonowych gwiazd szybkiego gotowania i równie szybkiej wymiany czegoś co kiedyś nazywało się ludzką myślą. Życie Sztuki przeliczane na kasowe sezony teatralizuje się reklamowo zagarniając nowe obszary bytu.

Politycy już też o tym wiedzą i ciągną w nieskończoność, dzięki uprzejmości publicznej i prywatnej telewizji, swoje gawędziarskie sitkomy obliczone na kolejne zwycięstwo pod kasą kolejnych wyborów. Nic się dzięki temu nie zmienia, choć życie drożeje z dnia na dzień i zagłodzeni emeryci, oraz niedożywione dzieci szukają po śmietnicach wielkich marketów czegoś co dałoby się zjeść aby pozostać po stronie żywych.

W obliczu takiej więc rzeczywistości jaką sobie w wolnych wyborach zafundowaliśmy postanowiłam spisać dla nielicznych zainteresowanych schulzowskimi interpretacjami - Instrukcję obsługi spektaklu "Teatr Bruno Schulza". Pozostałych odsyłam do ciekawszych dla nich instrukcji obsługi innych bogactw materii i myśli ludzkiej.

"Do Teatru nie wchodzi się bezkarnie" powiedział kiedyś, nie bez przyczyny Mistrz Kantor, a jego wielki uczeń Krzysztof Miklaszewski dodał przezornie: "a wyjść z niego bez konsekwencji nie tak łatwo".

Pojawiłam się więc ufna i otwarta w pamiętnym dniu 27 maja, w Drohobyczu w Teatrze Bruno Schulza. Od progu powitał mnie Ja-Schulz, ponadczasowy i ponadmaterialny, mimo że w ciało ludzkie odziany, młody i wykwintny, bo w przestrzeniach jego Teatru czas się nie liczy, nawet jeżeli płynie dwutorowo.

I tak oto znalazłam się w Teatrze Życia i Śmierci, w którym coś wydarza się i nie wydarza, ktoś tragicznie ginie, ale i żyje nadal w swojej imaginacyjnej przestrzeni. Jest w nim Ofiara i Kat jak w odwiecznym archetypie. Tylko że tu Ofiara może wybaczyć swojemu Katowi, chociaż ten wcale o wybaczenie nie prosi, zabija bo chce zabić. Koło historii toczy się bez przeszkód dalej. Śmierć jest końcem i początkiem.

Aby poznać i zrozumieć charyzmatycznego Artystę (a każdy nim być powinien jeżeli jest Artystą), trzeba umieć zanurzyć się w świecie Jego wyobraźni, móc dotknąć jej bohaterów, wsłuchać się w ich interpretację świata poprzez słowo, obraz czy szerzej ujmując czysty dźwięk. Dźwięk niosący energię przekazu Twórcy-inspiratora, czyli mówiąc językiem Schulza demiurga.

W tym Teatrze Ofiara przedstawia swojego Oprawcę, a Oprawca może czuć się komfortowo nie ponosząc żadnych konsekwencji artystycznych i życiowych za swój czyn. Strzela dwa razy, jak kiedyś, i trafia Artystę w tył głowy jak kiedyś. Artysta umiera leżąc w rynsztoku, wypuszczając z ręki chleb który miał uratować mu życie. Chleb życia przeobraża się w chleb śmierci . Gdyby nie ten chleb może by i przeżył. Wyprawa po niego wystawiła go na strzały oprawcy. Paradoks? Nie pierwszy i nie ostatni w Teatrze Bruno Schulza. Morderca odchodzi w kulisy świata aby powrócić w finale i powtórzyć swoją solówkę na pistolet, dwie kule i jedną głowę niewinnego człowieka. Historia zatacza na scenie Teatru i Życia swoje koło. Może trwać dalej, może rozpaść się na ulotne drobiazgi wrażeń, przeżyć, szoku czy prostego katharsis. Widz-obserwator decyduje, po jaki wymiar oczyszczenia sięgnie, i określa wobec siebie jakie oczyszczenie jest mu potrzebne.

Kiedy oglądamy z bliska obraz jakiegoś wydarzenia, ( w Teatrze nie w Kinie), uczestniczymy w nim, w miarę bezpiecznie, choć nie do końca, wchodzimy bowiem w jego czas, z bezpiecznego czasu swojego, tamta energia atakuje naszą, możemy odczuwać bezpośrednio to co niesie, możemy wejść w nią, lub bezpiecznie się zdystansować. Możemy zawsze wybierać. To co zaistniało, dokonało już swojego wyboru raz na zawsze. Morderca przywiązany jest do swojego pamiętnego zdania: Odwróć się! Nie chce strzelać między oczy patrzącemu na niego Człowiekowi. Bezpieczniej jest strzelić w tył głowy. Oczy są przecież zwierciadłami duszy. Czy dusza może powstrzymać kulę kładącą kres jej ciału? Dusza w takim momencie po prostu opuszcza ciało, została do tego zmuszona, emigruje do swojego ?ródła, pozostawia na pustej ulicy coś, co jeszcze przed chwilą myślało, tworzyło, tętniło energią i pełną gamą odczuć i uczuć. Morderca natomiast odchodzi spokojnie w swój czas i swoją przestrzeń, jak każdy zbrodniarz z miejsca zbrodni, w poczuciu dokonania sprawiedliwości dziejów. Akt się dokonał. Sprawiedliwość po raz kolejny przegrała z siłą, butą, cynizmem. Dobro przegrało ze Złem. A Nadzieja? Nadzieja będzie próbowała żyć z tym dalej.

Każda ludzka śmierć jest końcem świata dla każdego wrażliwego człowieka. Twarze innych ludzi spotykanych i odczuwanych przez nas w ciągu całego życia, wnikają w naszą twarz już na zawsze. Odciskamy się codziennie w innych ludziach, a oni odciskają się w nas, nabieramy ich w siebie dzień po dniu.

Kiedy umieramy przychodzą po nas ci co nas kochają, których losy skrzyżowały się z naszym. Bruno-Józef wypuścił więc swój chleb i opadł do rynsztoka który został mu przypisany jako ostatnia stacja po tej stronie rzeczywistości. Ja-Gombro i Witkac, przyjaciele z czasu kiedy stanowili razem wielką artystyczną Trójcę okresu międzywojennego, pojawili się w tym samym momencie. Świat ich wtedy jeszcze nie rozumiał i nie akceptował, choć przeczuwał być może ich przyszłą wielkość. Stanowili dla uporządkowanego po swojemu świata wyzwanie i zagrożenie. Burzyli wspólnie tamten mur rutyny przekonań, zachowań, gestów, wprowadzali ożywczy ferment. Patrzono na nich podejrzliwie, byli inni. Są teraz przy Nim, wielkim samotniku, tacy, jacy byli, zazdrośni o siebie, odbijający się ostro w Nim, w sobie nawzajem, i we własnej przyjaźni. Powraca echo tamtych fascynacji, niezgody na zastany świat, niezgody na siebie. Akceptacja poprzez zaprzeczenie.

Przychodzą do Niego też ci, którym Bruno-Józef dał życie w słowach i obrazach. Ojciec wieczny wędrowiec, poszukiwacz, ptak przemierzający odległe przestrzenie, podległy jedynie własnym osądom i prawom, własnej demiurgii. Adela panująca nad wszelką materią i zawsze zwycięska. Paulina oswajająca dopiero swój świat i Bianka niosąca tajemnicę, która nie jest dla niej tajemnicą, choć nie wiadomo jeszcze czym jest. I dopiero teraz wszystko zaczyna się naprawdę, wszystko otrzymuje swoją wielką, jednorazową, niepowtarzalną szansę. Uczestniczymy w tym spotkaniu ze ściśniętym gardłem, bo dotykamy wymiarów prawdy, miłości i zmartwychwstania,

uruchomcie ten Teatr w sobie, bądźcie:
wrażliwi na Dobro
otwarci na Innych
spontaniczni w Reakcjach
ciekawi Życia
ufni wobec Rzeczywistości
pełni Miłości
wewnętrznie Uczciwi
kochający Siebie
akceptujący Katharsis
pełni Światła

wasza Marie de Ratuld

Drohobycz 31 maja 2008 roku.

strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

    tel./fax: 22 811 73 80     kom. 602 529 486

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link