Teatr Życia i Śmierci 2008 - Andrzej Maria Marczewski

pamięci: Jerzego Ficowskiego, Władysława Panasa, Igora Menioka.
Wielcy Przyjaciele Bruno Schulza odeszli na spotkanie z Artystą który Ich tak pięknie fascynował.
Teraz już Razem, na zawsze, będą przy nas w Wielkim Teatrze Ducha.
Świat dzięki Wam stał się mądrzejszym i ciekawszym, nasza miłość jest z Wami.

 


Śmierć. Czym jest? Końcem tego tu i teraz? Przejściem na drugą stronę? Dokąd? I co się dzieje wtedy z naszą świadomością? Jest świadoma swojego nowego miejsca, wymiaru, swojej nowej przestrzeni? Czy zagubiona? Oczekująca na Zmartwychwstanie po Wielkim Bożym Sądzie Ostatecznym, czy obojętna, twórcza czy apatyczna? Ci, co zmarli i powrócili do nas, wypowiadają się na ogół w samych superlatywach "o tamtej stronie", było cudownie, bosko, pięknie, żyć i być się tam chciało, a nie wracać, do tego tutaj co nęka nas totalną niesprawiedliwością, nieprzewidywalnością, agresją, chamstwem i rozbojem wszelkiej proweniencji i maści. Ci, co po śmierci, nie wrócili do nas, nic bezpośrednio nam nie przekazują "o tamtych wymiarach", zachowując wzniosłe lub wymuszone milczenie. Bywa i tak, że żywy zaprzyjaźniony człowiek umawia się z umierającym na jakiś znak po przekroczeniu niewidzialnej granicy "tego co po", wtedy, czasami objawiają się znaki, a to pęknie lustro, odezwie się ptak, zleci obraz ze ściany, przewróci się ulubiona laska, zgaśnie zapalona w dobrej intencji świeca, tłumaczymy to sobie manifestacją dobrej woli dopiero co umarłego.

Czasami znaków nie ma. Człowiek odchodzi nagle i nawet nie zdąży się pożegnać z tymi, którzy na takie pożegnanie zasługują. Umiera i znika - jego dusza, jaźń, inteligencja, poczucie humoru, artyzm jeżeli był artystą. Ciało zostaje z nami (nie zawsze) i na ogół podlega rozkładowi w krótkim czasie. Są naturalnie wyjątki od tej reguły, ciało Ojca Pio wydobyte z grobu po czterdziestu latach od pogrzebu zachowało wszelkie cechy żywego ciała, w szklanej trumnie w San Giovanni Rotondo jest publicznie eksponowane, milion osób zgłosiło chęć pielgrzymki do tego niezwykłego świętego.

Bruce Moen, amerykański podróżnik na tamtą stronę, w swojej ostatniej ekscytującej książce "Podróż do ojca ciekawości" opisuje swoje wyprawy tam i z powrotem. Dla chętnych prowadzi warsztaty na całym świecie, również i w Polsce, uczestniczyłem w nich, wędrowałem razem z nim, powróciłem, mogę więc dać swoje świadectwo. A nawet podwójne bo kilkanaście lat temu zginąłem na szosie, pod ukraińskim tirem, zgodnie zresztą z wróżbą sprzed ponad trzydziestu lat, o której oczywiście w międzyczasie zapomniałem.

Nie przypuszczałem w pierwszej chwili po powrocie, do naszego materialnego (zewnętrznie) świata, jak dalece to zmieni moje widzenie i odczuwanie, również Sztuki. Otworzyły się, niedostępne dla mnie, do tej pory, energetyczne kanały, pozwalające na niezwykłe kontakty.

Teatrem Życia i Śmierci Brunona Schulza jest Drohobycz. Tu się urodził 12 lipca 1892 roku, tu żył i tworzył, tutaj też zginął w "dziki czwartek" 19 listopada 1942 roku, zastrzelony obok parku, na ulicy Czackiego, dzisiaj Szewczenki, przez Scharfurera Karla Gunthera w "rewanżu" opiekującemu się Schulzem szefowi gestapo w Drohobyczu Feliksowi Landauowi, który zabił wcześniej "Guntherowi jego Żyda"- Lowę, dentystę z Drohobycza. Jak twierdził najwybitniejszy polski "schulzolog" Jerzy Ficowski podtekstem zbrodni była podobno homoseksualna zazdrość. Czy to jeszcze prawda, czy już mitologizacja rzeczywistości?

Bruno Schulz, obok Witkacego i Gombrowicza jeden z największych polskich Artystów poprzedniego stulecia całe swoje życie związał z Drohobyczem, sporadyczne, krótkotrwałe wypady do Paryża, Warszawy czy Krakowa traktował jako promocyjne, jak byśmy to dziś określili, eskapady. Zofia Nałkowska doceniając rękopis "Sklepów cynamonowych" zarekomendowała go do druku Jakubowi Mortkowiczowi, wydawcy "Roju", Izydor Schulz zapłacił za ekstrawagancję brata, i w ten sposób magiczna książka, metafizycznego Bruna ujrzała światło witryn księgarskich, wzbudzając zachwyt co inteligentniejszych odbiorców.

Schulz był obywatelem polskim, pisał po polsku i dla Polaków jest niekwestionowanym polskim Artystą, dla Żydów zdecydowanie żydowskim, mimo że z gminy żydowskiej się wypisał. Dzisiaj z czystym sumieniem można by o Schulzu powiedzieć: światowy geniusz, ponieważ Jego twórczość przekroczyła granice wielu krajów i wszędzie zyskała gorących wielbicieli.

W każdym stuleciu, choć może nie w każdym pokoleniu i mieście pojawia się demiurg dzięki któremu to miasto zyskuje dodatkową tożsamość dla wierzących w moc Sztuki, i pielgrzymujących ku jej arcydziełom z całego świata. Co sprytniejsze miasta budują nawet wielkie muzea dla uznanych malarzy, niekoniecznie związanych z ich terenem, aby tylko otrzeć się o charyzmę dawno już nie żyjącego twórcy, a przy okazji zarobić niezłą kasę. Widać to się opłaca. Na świecie. Polskie przypadki jak zwykle wywracają logikę dziejów do góry nogami. Czy Zakopane potrafi wykorzystać fakt że żył w nim i tworzył, jeden z największych artystów XX wieku, polski Leonardo da Vinci - Stanisław Ignacy Witkiewicz zwany przez przyjaciół Witkacym? Chyba nie. Gdzie jego muzeum, gdzie trasa turystyczna: śladami Witkacego? Na plus należy oczywiście miastu zapisać Teatr Witkacego, którego założyciel i dożywotni animator, dzielny Dziuk Pierwszy, troi się i czworzy żeby należyty dać rzeczy wyraz, ale jak to czasami z rzeczami bywa, nie zawsze chcą być wyraziste , a i z geniuszem trzeba delikatnie się obchodzić żeby go przypadkiem nie ośmieszyć, a już, broń Boże nie sprowadzić do zwykłego, komercyjnego wymiaru.

W Krakowie niby nie gorzej, Wyspiański jest, a jakby go na co dzień nie było, muzeum owszem ma, ale żeby móc poobcować z jego genialnymi dramatami, to już za wiele przyjemności. Raz na jakiś czas, (najlepiej z okazji okrągłej rocznicy urodzin lub śmierci, tak najłatwiej) ktoś ściągnie do byłego, królewskiego miasta, kilka przypadkowo zrealizowanych Jego spektakli, żeby przypomnieć wszem i wobec, że wielkim twórcą był i tyle, a szkoda.

Tylko niezmordowany Karol Kwiatek, jedyny, prawdziwy fan Wielkiego Wieszcza stworzył sam z siebie, czyli z własnej wewnętrznej potrzeby, stronę internetową: www. S. W. pl poświęconą Wyspiańskiemu, aby przypomnieć wszystkim zainteresowanym, że nie jest On nudnym akademikiem, ale autorem dzieł w których pulsuje nie wyinterpretowana do końca prawda o nas samych, i naszym świecie, który już stał się wspólnym światem wszystkich europejczyków.

Z Gombrowiczem jest jeszcze trudniej, niby gdzieś w Warszawie mieszkał, nawet odwiedzał go tam Bruno Schulz, ale nieutrwalone ślady zniknęły, a "polska komuna" za swoich czasów kiedy miała się dobrze, skutecznie obrzydzała polskim twórcom zajmowanie się Jego twórczością. Dzienniki ukazywały się w podziemiu, sztuk grać nie było wolno, słowem nikt nie miał głowy żeby znaleźć i zabezpieczyć w Polsce teren, który mógłby być oswojonym terenem Gombrowicza, okazja przepadła. Ale nie do końca. Dzielni ludzie ze wsi Wsola stworzyli Muzeum Witolda Gombrowicza, które rozpocznie wkrótce swoją edukacyjną misję będąc Oddziałem Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie w Zespole pałacowo-parkowym we Wsoli, jakiś początek został zrobiony. "W poniedziałek-ja, we wtorek-ja, w środę-ja".

"Świat jest Teatrem, Aktorami ludzie" pisał wielki Szekspir, nie przeczuwając pewnie jak prorocze wypowiedział słowa i jak bardzo inspirujące dla następnych pokoleń.

Życie Sztuką, poprzez Sztukę i dla Sztuki wielkiego Artysty, to rzecz niezwykła i godna nieprzemijającej pamięci kolejnych pokoleń, to również wielkie zadanie dla mądrych strażników tej pamięci, zdających sobie doskonale sprawę z tego, że tyle nas, ile pamięci o nas. Pamięć jest bowiem dla każdego pokolenia opoką, na której buduje swoją wizję świata, mitologizowanego lub nie, aby ją pozostawić potomnym. Artyści dokonują subiektywnej syntezy swoich lęków, uczuć, i odczuć, których wartość weryfikuje czas i przekształca w ogólnodostępne. Dotykamy więc dzisiaj, w XXI wieku, z ogromnym szacunkiem drohobyckiej sceny, na której rozegrał się największy dramat poprzedniej epoki, dramat mitologizacji rzeczywistości, w wymiarach metafizyki, i autentyczności śmierci, dramat Teatru Bruno Schulza, i Życia, w którym wygrało Życie ze wskazaniem na Śmierć. I ta ofiara, wielkiego Artysty, złożona Miastu i Epoce Zagłady, unieśmiertelniła Teatr Bruna.

Wystarczy przejść przepiękną ulicą Mickiewicza, dawna Szewczenki, którą chodził Bruno ze swojego domu na Floriańskiej, dzisiaj Iwana Drohobycza, wystarczy stanąć przed jego domem, może nawet zapukać do drzwi, które bardzo niechętnie uchyli lub nie, obecna właścicielka, nienawidząca turystów, i hałasu robionego przez przyjezdnych wokół kogoś, kogo już nie ma, i kto dla niej ani bratem ani swatem, choć tablica na domu wskazuje że jest ważny i dla obecnych. Ważny w specyficzny sposób. Ważny inaczej. W kolejną rocznicę śmierci Schulza, mimo polskich protestów, zmieniono na tym domu tablicę, która kiedyś głosiła że żył i tworzył tu wybitny pisarz i malarz polski, na tablicę która obecnie głosi, że żył tu i tworzył wybitny żydowski malarz i pisarz, mistrz słowa polskiego. Cóż tu komentować? Zostawmy sprawę bez komentarza. Tablica głosi to, co jej głosić nakazano, za pieniądze karzącego.

Biedna, oburzona naszą Brunową fascynacją, żyjąca z cienkiej emeryturki nowa właścicielka domu, nie rozumie że jej dom jest już sceną świata, i należy do międzynarodowego Teatru Bruna, a w każdym Teatrze można i bierze się za bilety, w prywatnym nawet dyktuje się swoje ceny, bo jeżeli ktoś przejechał kilkaset kilometrów na niepowtarzalny, imaginacyjny, niedostępny gdzie indziej spektakl, rozgrywany tylko tu, w magicznej Schulzowej przestrzeni, to chętnie zapłaci z dziesięć hrywien, albo i nawet da pięć dolarów żeby cofnąć się w czasie i samemu poczuć zapach sklepów cynamonowych, dotknąć miejsc naznaczonych obecnością Bruna, wyjrzeć z Jego pokoju przez okno, przez które On wyglądał na swoje podwórko, czy usiąść na chwilę na drewnianych schodkach od podwórza, na których On siedział na fotografii, tak niedawno przecież. To nic że schodków tych już nie ma, to jest przecież Teatr, a w Teatrze, jak wszyscy dobrze wiedzą, nie ma rzeczy niemożliwych. Będą więc schodki z tylnej strony domu, będzie ten sam widok na tyły kamienic z ulicy Mickiewicza, będziesz Ty-Schulz i Twój Drohobycz na scenie Teatru Życia i Śmierci. Czy nie warte jest to symbolicznych pięciu dolarów?

A obok, kilka przecznic dalej, przy ulicy Tarnowskiego, dawnej świętego Jana, stoi willa, w której mieszkał w czasie okupacji gestapowiec, wiedeński stolarz Feliks Landau, który wsławił się w czarny dzień pogromu, strzelaniem ze swojego balkonu do uciekających Żydów. Ten sam Landau doceniał rysunki Schulza, sam czuł się artystą, i nawet zlecił mu namalowanie w swojej willi, na ścianach pokoju dziecięcego, (w dzisiejszej przykuchennej komórce) , pogodnych, bajkowych obrazków, które pozwalały Brunowi przeżyć. Była to jedna z ostatnich Jego prac, w twarzy Woźnicy można dopatrzeć się rysów twarzy Autora.

Ledwo jednak te freski po latach poszukiwań odkryto i powstała koncepcja stworzenia w dawnej willi Landaua, międzynarodowego miejsca pojednania i spotkań (niemiecko- polsko -ukraińsko-żydowskich) i Muzeum Schulza, zjawili się emisariusze izraelskiego Instytutu Yad Vashem, i jak głoszą miejscowe plotki, za niezłą łapówkę "kupili" je, i pośpiesznie wywieźli korzystając z dyplomatycznych papierów, mimo że freski zostały już ogłoszone przez Ministra Kultury Ukrainy, dobrem narodowym. Państwo Kałużni, obecni właściciele mieszkania, umoczeni w tę dziwną transakcję na równi z poprzednimi władzami miasta, mają dosyć wszystkiego, pozostałe, nie wykradzione resztki fresków, zdjął ze ścian komórki, ukraiński konserwator zabytków i stanowią obecnie własność drohobyckiego muzeum.

Pani Kałużna ma za to odtąd same kłopoty ze swoim mieszkaniem, ciągle ktoś puka, chce wejść, obejrzeć wydrapane mury w komórce, postać przez chwilę w jej kuchni, jakby było co zwiedzać czy oglądać. Na wszelki wypadek drzwi nie otwiera byle komu, poza władzami, i jest coraz bardziej nieuprzejma, niektórzy mówią niezrównoważona, ona też nie wie że znalazła się w Schulzowym Teatrze, i nikt jej do tej pory nie nauczył reguł teatralnego postępowania, a przecież biletów na swoją sekwencję spektaklu sprzedałaby dziennie sporo, nawet przyjmując optykę wczesnego Grotowskiego: gram tylko dla 30 widzów, zebrałaby niezły grosz, bijący na głowę jej skromną emeryturę, i miałaby na lekarstwa. A tak skończyło się na jednorazowej sprzedaży scenografii, czyli fresków Yad Vashemowi, i odtąd ta część spektaklu będzie do oglądania prawdopodobnie tylko w Izraelu. Ale od czego głowa do pozłoty scenografki Anny Wigi, nie takie kopie robią fachowcy w dzisiejszym Teatrze Snów i Marzeń. Bo każdy wie - że Spektakl musi trwać.

Jest jeszcze dawna willa Jarosza, gdzie na jednej ze ścian, Bruno malował swój ostatni obraz, byłem tam, znalazłem tę ścianę, mimo prowadzonego totalnego remontu wszystkich pomieszczeń, po ostatnim, przydziałowym funkcjonowaniu tej willi jako "Domu pionierów". Stałem przy Jego ścianie i widziałem to, co rozgrywało się wtedy, kiedy jeszcze żył. Ściana była doszczętnie opalona przez kolejne ekipy remontowe, ale "zapis w Księdze" tamtego czasu pozostał. Kiedy odłożyłem swoje wahadełko i wyciągnąłem aparat fotograficzny żeby zdokumentować miejsce, warunki wewnątrz sali były niezmienione, żadnego ostrego słońca, błysków lamp, a jednak po wywołaniu taśmy okazało się że jedno zdjęcie jest w dziwny sposób prześwietlone, tylko jedna klatka z całego filmu, bez żadnego widocznego powodu. Na tym prześwietlonym zdjęciu drohobyczanin Igor Meniok, mój młody, genialny przyjaciel, twórca Polonistycznego Centrum w Drohobyczu i koncepcji Festiwalu Schulza- opierał się jedną ręką o ścianę Bruna - widząc coś, czego ja wtedy jeszcze nie widziałem. Dwa lata później przyjechał z żoną Wierą na moją polską premierę "Sklepów cynamonowych" do Płocka, nocowali u nas w Warszawie, powrócili nazajutrz do Drohobycza, i tam Igor zmarł nagle na rękach ukochanej żony. Młody, trzydziestoletni.

Willa Bianki, zafascynowała profesora Władysława Panasa do tego stopnia że poświęcił jej swój mały przewodnik drohobycki dla przyjaciół, wydany w pierwszą rocznicę nagłej śmierci Autora, w Lublinie 2006 roku. "Mogę opisać jej wygląd jedynie w trzech porach roku (w czwartej nigdy nie byłem w Drohobyczu) i nie uważam wcale, aby fakt, iż oglądałem ją w każdej porze dnia i nocy, stanowił tu jakąkolwiek rekompensatę. " A przecież dwa lata wcześniej profesor zadedykował mi swój bibliofilsko wydany w 99 egzemplarzach piękny esej "Bruno Schulz albo intryga Nieskończoności", wygłoszony osobiście 19 listopada 2003 roku w Drohobyczu, podczas otwarcia muzeum Bruno Schulza. Kolejną tajemnicę Willi Bianki pozostawił do odkrycia swoim następcom.

A niedaleko rynku zaczyna przecież swoje mityczne życie Ulica Krokodyli, któż by tam nie chciał znaleźć się po zmroku z książką Schulza w ręku.

Paweł Huelle w swojej słynnej "Gadziej ulicy" pyta wprost: "Czy Bruno Schulz wyprorokował obraz Polski po roku 1989? W świecie jego prozy pojawiały się wątki prorocze, ale były one zawsze podporządkowane prywatnym mitom autora.

Taki charakter ma na przykład "Traktat o manekinach", czy przypowieść o Księdze, gdzie ojcowe przepowiednie i herezje zahaczają o podstawowe kwestie metafizyki /czym jest materia? Czy istnieje jakiś jeden, uniwersalny porządek?/ Czas w świecie Schulza nie jest linearny i płynie kapryśnymi meandrami, tworząc najdziwniejsze odnogi, zakola i zatoki. Stąd nie istnieje tu "przyszłość" w znaczeniu tego, co ma nadejść, podobnie jak "przeszłość" nie oznacza wcale bezpowrotnie i jednorazowo zaistniałych faktów.

Kiedy widzę neony i napisy zdobiące nasze ulice, przypominam sobie opis ulicy Krokodyli: "wielkie szyby wystawowe nosiły ukośne lub w półkolu biegnące napisy ze złoconych liter: CONFISERIE, MANICURE, KING OF ENGLAND. Pseudoamerykanizm, zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności - ta rzeczywistość jest cienka jak papier i wszystkimi szparami zdradza swą imitatywność".

A przecież ulica Krokodyli w mitycznym mieście Schulza była odstępstwem od reguły, formą ulotną, kapryśną, niepoważną, gdzie "mechanizm ekonomiki" oraz "trzeźwe formy komercjonalizmu" stworzyły ową "pasożytniczą dzielnicę" jakby dla wypróbowania jej mieszkańców, zbadania ich zdolności do autoironii i parodii.

Niemiecki dokumentalista, reżyser Beniamin Geissler który odkrył freski w willi Landaua, sfilmował cały proces ich wydobywania spod starego tynku, i nałożonej bezczelnie w czasach radzieckich farby olejnej, w tym filmowo-życiowym procesie, pierwszą szmatką tarła mury komórki, a jakże, zawsze piękna Agnieszka Kijowska, konserwator zabytków polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ten film byłby odrębną sekwencją Teatru Bruna. W nim uczeń Schulza mieszkający obecnie w Izraelu, opowiada jak był naocznym świadkiem Jego bezsensownej śmierci, relacjonuje jak podszedł do ciała leżącego twarzą do ziemi, w rynsztoku, przy chodniku, żeby wyjąć chleb z kieszeni zmarłego. Wtedy dopiero zdał sobie sprawę że to właśnie sam Bruno leży martwy w rynsztoku, i zrezygnował z odebrania mu, niepotrzebnego przecież już chleba. Dalsze świadectwa są różne i nie potwierdzone do końca przez nikogo, twierdzono że Bruno leżał tak dwa dni na ulicy i dopiero potem Niemcy pozwolili zabrać ciało i gdzieś zakopać, jedna wersja głosiła że zakopano Go na dawnym cmentarzu żydowskim, na miejscu którego dzielni ludzie radzieccy wybudowali w latach pięćdziesiątych osiedle mieszkaniowe, nie zadając sobie nawet trudu żeby wykopać kości zmarłych, byłem w tym miejscu, druga wersja głosiła że zakopano Schulza na nowym cmentarzu żydowskim pod murem, we wspólnym dole, gdzie zagrzebano ponad dwieście ofiar pogromu. Byłem tam. Kolejne władze Drohobycza nie zdobyły się nigdy, w ciągu kilkudziesięciu lat, na przeprowadzenie ekshumacji we wskazanym miejscu, a Bruno ciągle czeka.

W wielkim finale Teatru Życia i Śmierci Brunona zagrałby osobiście na skrzypcach Alfred Schrayer, jedyny uczeń Schulza który przetrwał wojnę i pozostał w mieście, aby dawać świadectwo o swoim Mistrzu, tym, którzy chcą i umieją słuchać.

Potem Bruno zaprowadziłby nas na cmentarz i pokazał gdzie naprawdę leży, stałem tam, nad Nim i obiecałem, że Go odnajdziemy i godnie, uroczyście pochowamy, chociaż tak wielu największych artystów tego świata kończyło w nieoznakowanych dołach, ale czy właśnie to powinno być dla nas przesłanką do zaniechania starań?

Czy Teatr Życia i Śmierci Bruno Schulza nie jest gotowym, międzynarodowym hitem, na który Amerykanie, gdyby Schulz był ich człowiekiem, a myślę że jest nim, powinni wyłożyć odpowiednią kasę, z wieloma zerami na końcu, a na światową promocję powinni dołożyć drugie tyle, i zrobić od razu wersję multimedialną dostępną w Internecie, bo gdzie znajdą dzisiaj tej klasy nowy, wspaniały mit, czystą w swojej naturze zbrodnię, zawieszoną w niedopowiedzeniach miłość, i seksualną prowokację w uniwersalnym stylu, i najlepszym, artystycznie wydaniu?

W liście do Stanisława Ignacego Witkiewicza, Bruno Schulz zwierza się: "Nie wiem skąd w dzieciństwie dochodzimy do pewnych obrazów o rozstrzygającym dla nas znaczeniu. Grają one rolę tych nitek w roztworze, dokoła których krystalizuje się dla nas sens świata. Takie obrazy stanowią program, statuują żelazny kapitał ducha, dany nam bardzo wcześnie w formie przeczuć i na wpół świadomych doznań. Te wczesne obrazy wyznaczają artystom granice ich twórczości. Sklepy cynamonowe ukazują rodowód duchowy aż do tej głębi, gdzie uchodzi on w mitologię, gdzie gubi się w mitologicznym majaczeniu. Zawsze czułem że korzenie indywidualnego ducha, dostatecznie daleko w głąb ścigane, gubią się w mitycznym jakimś mateczniku. To jest dno ostateczne, poza które niepodobna już wyjść.

Sądzę, że zracjonalizowanie widzenia rzeczy tkwiącego w dziele sztuki równa się zdemaskowaniu aktorów, jest końcem zabawy, jest zubożeniem problematyki dzieła. Życie substancji polega na zużywaniu niezmiernej ilości masek. Ta wędrówka form jest istotą życia. Dlatego z substancji tej emanuje aura jakiejś pan ironii. Obecna tam jest nieustannie atmosfera kulis, tylnej strony sceny, gdzie aktorzy po zrzuceniu kostiumów zaśmiewają się z patosu swych ról. W samym fakcie istnienia poszczególnego zawarta jest ironia, nabieranie, język po błazeńsku wystawiony. Jaki jest sens tej uniwersalnej deziluzji rzeczywistości- nie potrafię powiedzieć. Sztuka operuje w głębi przedmoralnej, w punkcie, gdzie wartość jest dopiero in statu nascendi.

Sztuka jako spontaniczna wypowiedź życia stawia zadania etyce - nie przeciwnie.

Gdyby sztuka miała tylko potwierdzać, co skądinąd już zostało ustalone - byłaby niepotrzebna. Jej rolą jest być sondą zapuszczoną w bezimienne. Artysta jest aparatem rejestrującym procesy w głębi, gdzie tworzy się wartość. Samotność jest tym odczynnikiem, doprowadzającym rzeczywistość do fermentacji, do stracenia osadu figur i kolorów.

To zaklęcie we własną samotność, odcięcie od życia, od działania, rozkosz i tragizm tego (Taniec ze sobą samym) przypomina mi najistotniejszy i najgłębszy mój sen, który miałem w 7-ym roku życia, sen antycypujący mój los. Śni mi się, że jestem w lesie, noc, ciemno, odcinam sobie nożem penis, robię jamkę w ziemi i zakopuję go. Jestem jak gdyby już poza czasem, w obliczu wieczności która dla mnie nie będzie już niczym innym, jak straszną świadomością winy, uczuciem niepowetowanej straty przez całą wieczność. Jestem na wieki potępiony i wygląda to tak, że zamknięto mnie egzemplarycznie w szklanym słoju, z którego już nigdy nie wyjdę.

Tego uczucia męki nieskończonego, wieczystego potępienia - nigdy nie zapomnę.

Jak wytłumaczyć w tym wieku ten ładunek symboliczny, tę potencjalność znaczeniową tego snu, której dotychczas nie zdołałem wyczerpać?".

Każdy Człowiek kiedyś umiera. Ginie. Odchodzi. Powoli, lub nagle. Z własnego łóżka, z rozbitego w wypadku samochodu. Zastrzelony na ulicy, przypadkowo lub celowo. Otoczony dobrą, lub złą energią, pogodzony z życiem, lub bluźniący mu. W końcu jednak przechodzi Linię dzielącą go od innego wymiaru. Linię którą tworzy całym swoim życiem. Własną inteligencją, wrażliwością, zrozumieniem procesów którym podlega. Po drugiej stronie jest zawsze oczekiwany przez tych których kochał lub krzywdził. Rozumiał lub odrzucał. Jest z Nimi, i jest -Nimi. Jest. Przeniknięty Bezwarunkową Miłością.

Każde Istnienie, ma przecież zawsze do spełnienia coś, co komuś służy, o czym wie świadomie lub podświadomie, z czym się godzi, lub przeciw czemu protestuje, mając zawsze wolną wolę, i dokonując samemu swych wyborów. Ponosząc też za nie wszelkie konsekwencje z tego wynikające. Tam już oczywiste jest oczywistym A Słowo znaczy tyle co Uczucie lub Obraz.

Drogi, kochany Bruno, przekraczamy dziś Twoją Linię, aby znaleźć się w fascynującym, niepowtarzalnym, osobistym TEATRZE ŻYCIA I ŚMIERCI, ponieważ Cię Kochamy.


andrzej maria z zespołem

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link