Bruno, Odnajdziemy Cię (tekst przepisany) - Andrzej Maria Marczewski

Kiedy zanurzamy się w świat wielkiej literatury, a czasem nawet Sztuki, to zawsze, chcąc nie chcąc, weryfikujemy jej autentyczność bardzo osobistym doznaniem. Każdy z nas czuje, czy przemawia ona do niego na falach, pozwalających traktować ją jako swoją. Swoją, czyli napisaną, przeczutą, stworzoną przez siebie, opartą na własnych doświadczeniach, pozwalającą identyfikować się w pełni z jej treścią, przesłaniem, emocjami zawartymi w przestrzeni słów i między nimi. Jest to uczucie doświadczane bardzo często przez ezoteryków, zgłębiających zasady obowiązujące w świecie energii, która przecież w końcu nas tworzy, niezależnie od tego, czy nam się to podoba czy nie. Będąc od dobrego ćwierć wieku, bardzo intensywnie działającym dramaturgiem i reżyserem, zawsze kochałem metafizyczną literaturę i dramaturgię. Miałem również to niezwykłe szczęście w swoim zawodzie, że mogłem wprowadzić na polskie sceny, ponad dwadzieścia lat temu, jedno z największych arcydzieł XX wieku, "Mistrza i Małgorzatę" Michała Bułhakowa. Rozmawiałem również z Jego drugą żoną Lubow Biełozierską. Magiczna jest ta książka, o czym doskonale wiedzą jej fani rozsiani po całym świecie, a każda kolejna sceniczna realizacja rozbudza wciąż nadzieję kolejnych pokoleń na metafizyczny kontakt z Autorem.

Kiedy więc zginąłem kilka lat temu na szosie, pod ukraińskim tirem, zgodnie zresztą z wróżbą sprzed ponad trzydziestu lat, o której oczywiście w międzyczasie zapomniałem, nie przypuszczałem w pierwszej chwili po powrocie, do naszego materialnego (zewnętrznie) świata, jak dalece to zmieni moje widzenie i odczuwanie, również Sztuki. Otworzyły się, niedostępne dla mnie, do tej pory, energetyczne kanały, pozwalające na niezwykłe kontakty.

O jednym opowiem, ponieważ nie wypełniłem czegoś, do czego się zobowiązałem, i nie mogę pójść dalej, udając że zrobiłem wszystko co do mnie należało. Myślę o kontakcie z Bruno Schulzem, o którym coraz głośniej w naszym kraju i na świecie. Odkryty po wojnie, kiedy już nie żył, przez wielkiego Jerzego Ficowskiego, który wprawdzie nie zdążył się z Nim spotkać, ale całe swoje życie, zaniedbując własną twórczość Mu poświęcił, Bruno wkroczył na dobre ze swoimi "Regionami wielkiej herezji", jak chce Ficowski, czy też ze swoją "Republiką marzeń", jak chcą autorzy ogromnej Wystawy goszczącej niedawno w Teatrze Wielkim, Bruno wkroczył do naszego życia w Sztuce, zawłaszczając przestrzeń która na Niego od dawna czekała, swoją przestrzeń. Dla przypomnienia kim był, można dziś śmiało już powiedzieć że Bruno Schulz, obok Witkacego i Gombrowicza był jednym z największych polskich Artystów poprzedniego stulecia, a całe swoje życie związał z Drohobyczem. Tam żył i tworzył, a sporadyczne, krótkotrwałe wypady do Paryża, Warszawy czy Krakowa traktował jako promocyjne, jak byśmy to dziś określili, eskapady. Zofia Nałkowska doceniając rękopis "Sklepów cynamonowych" zarekomendowała go do druku Jakubowi Mortkowiczowi, wydawcy "Roju", Izydor Schulz zapłacił za ekstrawagancję brata, i w ten sposób magiczna książka metafizycznego Bruna ujrzała światło witryn księgarskich, wzbudzając zachwyt co inteligentniejszych odbiorców. Schulz był obywatelem polskim, pisał po polsku i dla Polaków jest niekwestionowanym polskim Artystą, dla Żydów zdecydowanie żydowskim, mimo że z gminy żydowskiej się wypisał, Ukraińcy nie przypisują sobie jego narodowości, chociaż Drohobycz należy teraz do Ukrainy, ale też nie bardzo wiedzą co z tym fantem, rosnącej w świecie popularności Bruna zrobić. Możemy z czystym sumieniem o Nim powiedzieć: światowy geniusz, ponieważ Jego twórczość przekroczyła granice wielu krajów i wszędzie zyskała gorących wielbicieli.

W każdym stuleciu, choć może nie w każdym pokoleniu i mieście pojawia się geniusz dzięki któremu to miasto zyskuje dodatkową tożsamość dla poszukujących metafizycznych wymiarów Sztuki. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że zostałem wezwany przez Bruna do Drohobycza, mimo że nigdy wcześniej nie planowałem tej podróży. Pewnie właściwym zrządzeniem losu znalazłem się w mieście, w którym i którym żył i tworzył.

"Świat jest Teatrem, Aktorami ludzie.." napisał wielki Szekspir, nie przeczuwając pewnie jak prorocze wypowiedział słowa i jak bardzo inspirujące dla następnych pokoleń.

"Regiony wielkiej herezji i okolice" Ficowskiego, na nowo zresztą teraz wydane, pewnie nie bez przyczyny, pozwalają zrozumieć Bruna, "Księga listów" odsłania Jego sekrety, chociaż tak niewiele listów- arcydzieł ocalało. Domu, w którym się urodził, w Rynku, już nie ma, do domu w którym mieszkał, na dawnej Floriańskiej, dzisiaj Iwana Drohobycza, nie wpuszczają obecni właściciele, nienawidzący turystów i zamętu czynionego wokół kogoś, kto nie jest jeszcze specjalnie ważny dla miejscowych. W rocznicę śmierci, mimo polskich protestów, zmieniono natomiast na tym domu tablicę, która kiedyś głosiła że żył i tworzył tu wybitny pisarz i malarz polski, na tablicę która obecnie głosi, że żył tu i tworzył wybitny żydowski malarz i pisarz, mistrz słowa polskiego. Co do śmierci Bruna, wiadomo na pewno jedno, w "dziki czwartek" 19 listopada 1942 roku, został zastrzelony na ulicy Czackiego, dzisiaj Szewczenki, przez Scharfurera Karla Gunthera w "rewanżu" opiekującemu się Schulzem szefowi gestapo w Drohobyczu Feliksowi Landauowi, który zabił wcześniej "Guntherowskiego Żyda"- Lowę, dentystę z Drohobycza. Bruno niósł przydziałowy chleb, miał już wyrobione aryjskie papiery i był przygotowany do wyjazdu z Drohobycza. Los chciał inaczej. W dokumentalnym filmie emitowanym w połowie lutego przez pierwszy program telewizji publicznej, uczeń Schulza mieszkający obecnie w Izraelu, opowiada jak był świadkiem Jego bezsensownej śmierci, jak podszedł do ciała leżącego twarzą do ziemi w rynsztoku przy chodniku, żeby wyjąć widoczny chleb z kieszeni, wtedy dopiero zdał sobie sprawę że to Bruno leży w rynsztoku i zrezygnował z chleba. Dalsze świadectwa są różne i nie potwierdzone do końca przez nikogo, twierdzono że Bruno leżał tak dwa dni na ulicy i dopiero potem Niemcy pozwolili zabrać ciało i gdzieś zakopać, jedna wersja głosiła że zakopano Go na dawnym cmentarzu żydowskim, na miejscu którego dzielni ludzie radzieccy wybudowali w latach pięćdziesiątych osiedle mieszkaniowe, nie zadając sobie nawet trudu żeby wykopać kości zmarłych, byłem w tym miejscu, druga wersja głosiła że zakopano Schulza na nowym cmentarzu żydowskim pod murem, we wspólnym dole, gdzie zagrzebano ponad dwieście ofiar pogromu. Byłem tam. Kolejne władze Drohobycza nie zdobyły się nigdy, w ciągu sześćdziesięciu lat, na przeprowadzenie żadnej ekshumacji, a Bruno czeka.

Więc kiedy już zawezwał mnie do siebie, przyjechałem uzbrojony w swoje wahadełko ze "świadkiem". Przed samym wyjazdem z Warszawy, dzięki uprzejmości Jerzego Ficowskiego, miałem w ręku słynną fotografię Bruna na schodach swojego domu, na odwrocie której napisał drobniutkimi literkami, swojej narzeczonej: "czy nie poślesz mi nawzajem Twojej?" Miałem w ręku Jego autograf, czułem promieniowanie Jego energii. Z tym wyjechałem.

Bo mnie zaprosił. Drohobycz okazał się "moim" miastem, byłem u siebie, choć nigdy przedtem nie chodziłem tymi ulicami. W czasie wojny Szef gestapo Landau, który doceniał rysunki Schulza, zlecił mu namalowane w swojej willi na ścianach pokoju dziecięcego, dzisiejszej przykuchennej komórki, pogodnych, bajkowych obrazków, to pozwalało Brunowi przeżyć. Była to jedna z ostatnich Jego prac, w twarzy Wożnicy można dopatrzeć się rysów twarzy Autora. Freski te odkrył rok temu, niemiecki filmowy reżyser Benjamin Geissler, który szedł tropem zeznań ostatnich żyjących świadków wydarzenia, i sfilmował cały proces ich odsłaniania. Ze strony polskiej uczestniczyła w tym Agnieszka Kijowska, ekspert naszego Muzeum Narodowego.

Ledwo jednak freski odkryto i powstała koncepcja stworzenia w dawnej willi Landaua, miejsca międzynarodowych spotkań i Muzeum Schulza, zjawili się emisariusze izraelskiego Instytutu Yad Vaszem i jak głoszą miejscowe plotki, za niezłą łapówkę "kupili" je i pośpiesznie wywieżli korzystając z dyplomatycznych papierów, mimo że freski zostały już ogłoszone przez Ministra Kultury Ukrainy, dobrem narodowym. Państwo Kałużni, obecni właściciele mieszkania, umoczeni w tę dziwną transakcję na równi z poprzednimi władzami miasta, mają dosyć wszystkiego, pozostałe, nie wykradzione resztki fresków, zdjął ze ścian komórki, ukraiński konserwator zabytków i stanowią obecnie własność drohobyckiego muzeum. Ostatnio gościły nawet w Warszawie na wystawie w Teatrze Wielkim.

Pamięć jest dla każdego pokolenia opoką, na której buduje swoją wizję świata, mitologizowanego lub nie, aby ją pozostawić potomnym. Artyści dokonują subiektywnej syntezy swoich lęków, uczuć, i odczuć, których wartość weryfikuje czas i przekształca w ogólnodostępne. Stanąłem więc w miejscu gdzie Bruno zginął, a jego krew wsiąkała w ziemię, poczułem to, co czuł gdy umierał, bo i ja umierałem, tylko że ja powróciłem.

Potem chciał żebym poszedł do dawnej willi Jarosza, gdzie na jednej ze ścian, malował swój ostatni obraz, i poszedłem tam, znalazłem tę ścianę, mimo prowadzonego totalnego remontu wszystkich pomieszczeń, po ostatnim funkcjonowaniu tej willi jako "Domu pionierów". Stałem przy Jego ścianie i widziałem to, co rozgrywało się wtedy, kiedy jeszcze żył. Ściana była doszczętnie opalona przez kolejne ekipy remontowe, ale energia tamtego czasu została.

Moment ten uwiecznił znakomity fotografik "Rzeczpospolitej Andrzej Wiktor.

Kiedy odłożyłem swoje wahadełko i wyciągnąłem aparat fotograficzny żeby zrobić dokumentujące zdjęcia, warunki wewnątrz sali były niezmienione, żadnego ostrego słońca, błysków, lamp, a jednak po wywołaniu taśmy okazało się że zdjęcie jest w dziwny sposób prześwietlone, tylko ta jedna klatka, bez żadnego widocznego powodu.

Potem Bruno zaprowadził mnie na cmentarz i pokazał gdzie naprawdę leży, stałem nad Nim i obiecałem, że Go znajdziemy i godnie pochowamy, chociaż wielu największych artystów tego świata kończyło w nieoznakowanych dołach, ale czy to powinno być dla nas drogowskazem? Żyje jeszcze w Drohobyczu Alfred Schrayer, jedyny uczeń Schulza który przetrwał wojnę i pozostał w mieście, aby dawać o Nim świadectwo tym, którzy chcą słuchać.

Niedaleko Rynku zaczyna swoje mityczne życie "Ulica Krokodyli", któż by nie chciał po zmroku przespacerować się po niej z książką Bruna w ręku. Na szczęście wyrosło w Drohobyczu nowe pokolenie tych, dla których Schulz jest objawieniem, i którzy swoje życie całkowicie wiążą z Jego, ba, nie wyobrażają sobie swojego życia poza Drohobyczem. I to do nich należy przyszłość. To wielkie zwycięstwo Bruna. Igor i Wiera Meniok potrafią rozmawiać tylko o Nim. Igor jest szefem Polonistycznego Centrum Naukowo-Informacyjnego, Uniwersytetu im. Iwana Franki, Wiera habilituje się, pisząc pierwszą, ukraińską, naukową, książkę o Schulzu. Znakomity dziennikarz "Rzeczpospolitej" Jan Bończa-Szabłowski, i fotografik Andrzej Wiktor oraz Maciej Starczewski z TVN24 postanowili pokazać w Warszawie "Drohobycz bez Schulza", tworząc instalacyjno-fotograficzną Wystawę, która udowodniła to, co było do udowodnienia, nie ma Drohobycza bez Schulza. Bruno, mam nadzieję że mi wierzysz, i jeszcze trochę poczekasz, kochamy Cię i odnajdziemy ,bo nosimy Cię w sercu.

 

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link