Na zawsze zostanie od męki sczerniałym... - Wiera Meniok (Drohobycz)

Kobieta, której nie stać na kir i żałoby,
Lecz z której twarzy czytasz całą Mękę Pańską,
Jak senna w Wielki Piątek idzie Świętojańską
I dziecko wynędzniałe prowadzi na Groby.

I nagle zobaczyła: zamiast kwiatów - skała
I nie pachną hiacynty, nie widzi przybrania.
I wtedy ta kobieta kamienna zadrżała,
Że może po tej śmierci nie być zmartwychwstania

Jan Lechoń, Wielki Piątek


Czytając te słowa Jana Lechonia, spontanicznie myślę o Wicie z Termopili polskich Tadeusza Micińskiego - a właściwie ze spektaklu Andrzeja Marii Marczewskiego, na którego premierze miałam szczęście być 25 marca br. w Teatrze Nowym w Łodzi. Myślę o mistycznym sensie tej trudnej epopei losów narodu polskiego, którą reżyser ujął nadzwyczaj precyzyjnie, stawiając na pierwszym planie nie tyle same wątki historyczne, ale ich dogłębny sens uniwersalny oraz nieskończoną perspektywę mistyczną.

Podobne traktowanie tematów historycznych rzadko się spotyka w czasach dzisiejszych, nastawionych, niestety, przede wszystkim na pragmatyzm sztuki i jej dostępność dla odbiorcy masowego.

W Termopilach Andrzeja Marii Marczewskiego zaprezentowany został natomiast elitarny wymiar sztuki, który niezbędnie towarzyszy jej od samych źródeł jej istnienia - wymiar wskazujący wyraźnie na konieczność hermeneutycznego odbioru dzieła, konieczność jego rozumienia przez odbiorcę - takiego rozumienia, które nigdy nie jest wyjaśnieniem czegokolwiek raz i na zawsze, lecz jest rozumieniem w jego nieskończoności, symbolem wciąż dającym do myślenia.

Dlatego nadal rozmyślam o tym, co jest najważniejsze w tym spektaklu, i co naprawdę zostało ukazane, a co ukryte pod wypowiedzianym słowem i grą aktorską. Ukrytą w tej sztuce, - więc wskazującą drogę do rozumienia - jest dla mnie mistyczna prawda jedności, jednowymiarowości we wspólnej nieskończonej perspektywie Śmierci i Miłości: Śmierci, która jest Miłością i Miłości, która jest Śmiercią.

Te dwie wartości - obydwie zarówno (znowuż nasuwa się aluzja do J. Lechonia) - zawsze towarzyszą sobie, towarzyszą nam w naszym życiu doczesnym, otwierając przed nim możliwość życia innego, niczym nieograniczonego. Śmierć, która chroni przed miłością niszczącą, cielesną, zaprzeczającą dążeniu kochających się i pragnących zjednoczyć swe dusze w nierozerwalną całość. Śmierć w jej pojmowaniu mistycznym, staje się życiem wiecznym, a Miłość - prawdziwa, ofiarna, przekraczająca wszelkie granice cielesne i doczesne, chroni od śmierci jako końca fizycznego, od śmierci jako takiej, przed którą człowiek ucieka całe swoje życie, nie potrafiąc docenić wartości i sensu mistycznego Śmierci w swoim życiu.

Te dwie prawdy zostały zjednoczone w Termopilach w jednej - jedynej i nieprzemijającej Prawdzie. I tę Prawdę jedną i jedyną w taki sposób właśnie odczytał A. M. Marczewski w tekście T. Micińskiego, wykreowawszy przejmujący sceniczny (i pozasceniczny) obraz-symbol wyłaniający się z misterium życia i śmierci księcia Józefa Poniatowskiego, który dzięki koncepcji i wizji reżysera staje się nie tylko ważną postacią historyczną, nie tylko symbolem niezłomnego ducha narodowego, ale też - i przede wszystkim - przekaźnikiem najwyższych sensów mistycznych życia ludzkiego. Wracając do motta. Śmierć, po której może nie być zmartwychwstania... Czyżby nie dotyczyły te słowa głównego bohatera, księcia Poniatowskiego?

I od kogo zależy, czy nadejdzie to jego zmartwychwstanie, na które niewątpliwie zasłużył, bowiem poświęcił się bez reszty swemu narodowi, złożył w ofierze swe życie w walce o zwycięstwo dobra, o wartości najwyższe?

Poświęcił się też miłości - i nie chodzi tu o jego ziemskie związki z kobietami, mimo że każda z kobiet w nim zakochanych była postacią niezwykłą, nieprzeciętną, zasługującą na jego miłość (myślę w tym miejscu przede wszystkim o dramatycznej postaci Rosjanki Tamary, która wybrała tę miłość, rezygnując z samej siebie).

Książe poświęcił się miłości innej - nadziemskiej, ofiarnej, mistycznej. Przez tę miłość został wybrany, a więc miał przed sobą perspektywę zmartwychwstania. A jednak nie mamy pewności że tak się stanie. Nie mamy ponieważ liczą się okoliczności w jakich jest "zadomowiona" jego śmierć, jego stan duchowy w momencie śmierci: czy jest na tę śmierć przygotowany, czy jej oczekuje jako jedynego rozwiązania w całym kontekście historycznej prawdy i ostatecznego wymiaru swego czynu, czy przeciwnie nie jest do końca pewnym, że prawda jest po jego stronie, i że za nią właśnie musi umrzeć.

Pytanie to pozostaje otwarte, tak jak i wymiar duchowej postawy księcia Józefa do dziś jest kontrowersyjny w wizji historycznej i sprzeczny sam w sobie. Czy po tej śmierci nastąpi zmartwychwstanie? Od czego, od kogo jeszcze zależy ta perspektywa, oprócz samego umierającego? Zależy ona niewątpliwie od tych, którzy wierzą (lub nie wierzą) w wyższe przeznaczenie tej śmierci, którzy jej oczekują jako największej radosnej nowiny, która wszystkich wybawi.

Jak jest więc w Termopilach? Czy wierzą Ci, którzy towarzyszą swemu przywódcy, w jego pomazanie, w misję zbawiciela? Trudno odpowiedzieć - tak czy nie. Książe Józef Poniatowski nie miał swych wiernych uczniów, nie miał swoich apostołów aby wobec nich czynić swoje cuda. Idea Chrystusa tkwiła w nim od początku, lecz nie potrafił jej wyzwolić z własnego ego, z własnych ambicji i, w pewnym sensie, z własnego życia prywatnego. Chciał wypełnić wielką misję historyczną, lecz zabrakło mu charyzmy mistycznej, zabrakło Światła, co sprawiło, że nie udało mu się znaleźć wiernych uczniów, nie udało się zostać Chrystusem Polski. I na tym nie polega jego wina, to wielki osobisty dramat, i również dramat Polski, przenikający przez jego los.

I tylko na twarzy Wity czytelna jest cała Męka Pańska. I to ona na samym początku spektaklu, jak też na jego końcu (świetne rozwiązanie reżyserskie) prowadzi na groby swe wynędzniałe dziecko - syna Józefa Poniatowskiego. Śmierć syna towarzyszy księciu przez całe jego życie, przez cały okres jego prób pełnienia misji historycznej dla całego narodu polskiego. Obecna jest też przy nim sceniczna Śmierć (piękny jej obraz stworzyła Aurelia Sobczak), która przybiera różne oblicza, która wciąż go "namierza" - niby chce go zabrać ze sobą, ale zarazem chce go też wybawić, osłonić przed cierpieniem, chce czuwać nad nim do końca. Czy Książe boi się śmierci? Trudno na to jednoznacznie odpowiedzieć.

Jedynie Wita rozumie wyższe przeznaczenie umiłowanego i jest w stanie wyrzec się własnego życia, własnej miłości w jej ziemskich wymiarach, w imię zwycięstwa tej Miłości, która pokonuje śmierć fizyczną i prowadzi do Śmierci jako Wieczności, a więc znowu wraca do Miłości, żeby w niej pozostać na zawsze.

Weronika Książkiewicz w wielkim skupieniu kreuje rolę Wity, choć czasami przeszkadza jej własna cielesność w pełnym oddaniu mistyki bohaterki. A to Wita przecież jest "kobietą kamienną", jak u Lechonia, bo przyjęła na siebie cały ciężar męki narodu, cały ciężar dramatycznych przeżyć jej umiłowanego. I w końcu to ona zwątpiła w nadejście zmartwychwstania - zmartwychwstania nie tylko bohatera, księcia Józefa, ale i zmartwychwstania całego narodu. Zwątpiła, bo dana jej była wiedza wyższa, przekraczająca jakiekolwiek wymiary historyczno-społeczne, bo została świętą, świętością swej męki symbolizując świętość męki narodu i jego bohaterów.

Zwątpił też Diabeł (ciekawa kreacja aktorska Katarzyny Baranowskiej), ale Diabeł po to jest, żeby kusić i wątpić. Chociaż Diabeł w reżyserskiej recepcji nie przypadkowo, jak i Śmierć, jest swoistym głosicielem prawdy, jest kimś, kto nie chce przeszkadzać, lecz chce pomóc: rozróżniać światło od ciemności i, formalnie będąc przynależnym do ciemności, jest jednak po stronie światła.

Nasuwa się myśl, że Diabeł w Termopilach A. M. Marczewskiego wiele cech odziedziczył od Wolanda Bułhakowa, którego Mistrza i Małgorzatę ten sam reżyser wielokrotnie i z wielką miłością od lat już realizuje w teatrze..

I nie pachną hiacynty... Nie pachną one na grobie księcia Józefa, który tragicznie skończył swoje życie, złożywszy go w ofierze, a jednak nie dokonawszy w nim rzeczy najważniejszych. Nie pachną one i dla Wity, której postawa mistyczna została osamotniona i po śmierci umiłowanego wyzbyta jej potężnej energii - już jak gdyby nikomu nie potrzebnej, tym bardziej jej samej, chociaż nigdy nie żyła dla siebie, nie cierpiała w imię życia własnego...

Finałowa pieśń spektaklu (wspaniała muzyka Marka Dyjaka), tworzy klimat patosu, perspektywy zwycięstwa, a zarazem dramatycznych rozterek ówczesnej epoki i - co najważniejsze - dramatu człowieka tej, i wszystkich innych epok. W pamięci zostają słowa Tadeusza Micińskiego z wiersza Tak jestem smętny....


I już po obejrzeniu tego przejmującego i zwróconego ku duchowej aktualności dnia dzisiejszego spektaklu, wciąż wracam do tego, iż książę Józef Poniatowski (rolę tę z całą odpowiedzialnością i z elementami swoistej hermeneutyki aktorskiej zagrał Marek Cichucki) - podobno jak każdy genialny bohater romantyczny, niezależnie od jego przynależności narodowej, bo liczy się w tym przypadku przede wszystkim stan ducha - na zawsze zostaje samotny i zbłąkany; nigdy nie zwycięży widm i zbrodni, których się lęka; nie potrafi nigdy rozedrzeć chmur na swoim sercu, - a więc na zawsze zostanie od męki sczerniałym śpiewem na mogile i nie zazna światłości. A skamieniała od nieszczęścia kobieta wiecznie będzie nad nim drżała - od łez i rozpaczy, od niespełnionej jedności Miłości i Śmierci.

Teatr Karola Wojtyły i Karol Wojtyła-Prezentacje
współfinansowane są przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Logo Kultura Dostępna Logo MKiDN
strona powitalna teatr dramaturgia felietony reżyseria musicale produkcje film Europa Schulz archiwum kontakt
mój kanał YouTube - zapraszam
przesuwaj animację w lewozatrzymaj animacjęprzesuwaj animację w prawo
 

     kom. 602 529 486     facebook

 Wyszukiwarka:

© 2001-2011 Andrzej Maria Marczewski. Wykonanie serwisu www.grupamak.pl

dodatkowe linki pozycjonujace, jeszcze jeden link, ostatni przykladowy link